Life goes on

Długo mnie tu nie było, bo życie toczy się w miarę spokojnie. Biorę leki, jestem zapisana do nowej pani psycholog, choć mam pewne wątpliwości co do tej terapii, bo zwykle kiedy biorę leki, jest mi w miarę dobrze i nie bardzo wiem, o czym mam z tą kobietą gadać. Może i dobrze, że termin tak odległy – zapisuję sobie w międzyczasie różne sprawy, które chcę poruszyć. Pozdrawiam wszystkich, życzę Wam dużo sił w zamaganiach z przeciwnościami życia! :)

Opublikowano leki, ogólne, terapia, zaufanie

Powrót pod skrzydła farmakologii

Od zeszłego tygodnia znów na nexpramie, na razie połówka. Żadnych jazd, samopoczucie trochę lepsze niż było, siły do pracy odrobinę więcej. I perspektywa podejścia do kolejnego etapu terapii, bo pani psychiatra (nowa, bo tamtej już nie ma w poradni) zaproponowała mi panią psycholog z tejże poradni. Ale jeśli się zdecyduję, to jest jeszcze kwestia odległa, bo dopiero w lipcu mam być u lekarki i ewentualnie wtedy poproszę o skierowanie.

Zastanawiam się, bo dotychczasowe moje doświadczenie jest takie, że leki pomagają mi bardziej niż jakakolwiek terapia. Jeśli jednak mam zaczynać, to z kimś nowym, bo odnoszę wrażenie, że formuła pracy z poprzednia panią psycholog się wyczerpała – coś tam zrobiłyśmy, dotarłyśmy do jakiegoś końca i tyle. Miałam czasem takie pomysły, żeby do niej pójść, ale w dużej mierze potrafiłam przewidzieć, jakie zada pytania, więc równie dobrze mogłam je sobie sama zadać :) To nowe wyzwanie traktuję na zasadzie przygody, więc pewnie spróbuję. Na razie jestem w miarę zadowolona z życia i dostrzegam u siebie nieco lepszą koncentrację. Miło zasiąść nad książką i nie musieć trzy razy czytać tego samego akapitu, żeby zrozumieć, o co w nim chodzi…

 

Opublikowano leki, ogólne, terapia

Cztery pory życia

Kiedy tak sobie myślę, wyróżniam w moim życiu cztery etapy.

1) Dzieciństwo – czas, w którym jeszcze nie zastanawiałam się nad takimi sprawami jak moje miejsce wśród ludzi, prawo do bycia kochaną i tak dalej. Z tego, co mówi moja mama i co ja sama mniej więcej pamiętam, raczej trzymałam się na uboczu, bawiłam się sama, miałam swój świat i w dużej mierze w nim żyłam.

2) Okres od 12-13 do mniej więcej 19 roku życia – okres, który dziś nazywam depresyjnym. Jego początek wyznacza czas, w którym zaczęłam pragnąć miłości, zakochiwać się (początek dojrzewania płciowego?), a jednocześnie uświadomiłam sobie (w swoim ówczesnym mniemaniu), że jestem zupełnie nieatrakcyjna zarówno fizycznie, jak i jako osoba. Że mogę jedynie marzyć o miłości, bo w prawdziwym świecie nikt mnie nie pokocha. Zareagowałam otoczeniem się grubym murem, za którym skrzętnie ukrywałam jakiekolwiek przejawy zainteresowania swoim wyglądem, miłością, w zasadzie wszystkim oprócz intelektu, duchowości i talentu poetyckiego. Uważałam, że jeśli w jakikolwiek sposób ujawnię się z tym, że mi zależy, stanie się coś strasznego, gorszego od śmierci. Dlatego (a może też dlatego, że wydawało mi się to bezproduktywne) nie próbowałam w żaden sposób poprawić swojego wyglądu, bo gdybym to zrobiła, ujawniłabym, że mi na nim zależy. Trzymało mnie przy życiu wyobrażenie, że kiedyś wszystko magicznie się zmieni – spotkam kogoś, kto będzie dość mądry, żeby przeniknąć przez ten mur, znaleźć mnie prawdziwą i pokochać. Tymczasem podkochiwałam się w piosenkarzach, bohaterce filmu i innych odległych osobach.

3) Ten okres liczę symbolicznie od momentu, w którym – mając 19 lat – zakochałam się w realnie istniejącym facecie (choć nieznajomym) i postanowiłam wyznać mu to uczucie. Było to strasznie trudne i zaowocowało szeregiem objawów somatycznych, ale to zrobiłam. Oczywiście moje uczucie nie zostało odwzajemnione, ale to był pierwszy przypadek przebicia się przez ten mur. Myślę, że miałam świadomość, jak niebezpieczne jest takie życie za murem, jak bardzo oddalam się od ludzi, od prawdziwego życia, w miarę trwania tego. To zapoczątkowało okres, który można nazwać neurotycznym, bo w odróżnieniu od tego poprzedniego próbowałam jakoś wpływać na swój los, ale kosztowało mnie to mnóstwo stresu, no i oczywiście nie było tak, że nagle moja samoocena wzrosła. Nadal uważałam się za potworka, tylko uważałam również, że mimo wszystko muszę próbować zdobyć miłość, nawet jeśli wydawało mi się nieprawdopodobne, że to się uda. Więc próbowałam, a moje wyobrażenie o miłości było takie, że można na nią zasłużyć, dostosowując się do oczekiwań drugiej osoby, będąc (udając) taką, jakiej on/ona pragnie. W obecności osoby, na której mi zależało, byłam totalnie sparaliżowana chęcią przypodobania jej się, odgadywania i spełniania jej pragnień. Moje pragnienia nie istniały, były schowane głęboko pod pokładami strachu. Uważałam, że nie mam do nich prawa; że jeśli chcę być kochana, muszę się totalnie podporządkować, a nawet wiedzieć, czego druga strona chce, bez konieczności wyrażania tego przez nią. (Myślę, że to trochę mówi o atmosferze, w jakiej byłam wychowana). Oczywiście więc nigdy nie udało mi się nikogo sobą zainteresować, a jeśli nawet, to zatrzymać go przy sobie. W końcu ludzie chcą być z ludźmi, a nie z neurotycznymi pieskami.

4) Nie wiem, kiedy zaczął się ostatni etap. To był/jest długi proces. W jakimś stopniu miałam strzępy świadomości, że aby z kimś być, aby doczekać się miłości, trzeba umieć być sobą, wyrażać własne pragnienia, być zdolną do budowania partnerstwa. Wdrażanie tego szło jednak bardzo powoli. Np. kiedy miałam 34 lata, udało mi się wejść w pewien związek, co samo w sobie było wielkim sukcesem. Związek trwał prawie pół roku, ale głównie siłą rozpędu, bo tak naprawdę po jakichś trzech tygodniach już zaczął się sypać. Ja byłam totalnie zafiksowana na tym, żeby się przypodobać partnerowi, co zresztą, patrząc z boku, było dość komiczne, bo on był mało zdecydowany i męczyło go to, że ja chcę, aby on o wszystkim decydował. Wygląda więc na to, że gdzieś pomiędzy tą znajomością a następną (zaczętą trzy lata później) coś się zmieniło na tyle znacząco, że potrafiłam wejść w zdrowszy związek. Ale i tak wciąż jestem w trakcie procesu nabierania wiary w siebie, wciąż mam niską samoocenę, łatwo daję się zbić z tropu, wcisnąć w kąt (może nie partnerowi, ale różnym ludziom), i wciąż obsesyjnie pragnę miłości, choć już jedną mam. Nie jestem w stanie ocenić (może kiedyś się tego dowiem), czy to pragnienie wynika z tego, że brakuje mi miłości własnej i chcę ją dostać z zewnątrz (na zasadzie ładowania baterii – najwyraźniej jedno źródło okazuje się nie dość wydajne ;)), czy po prostu jestem „pies na miłość” i pragnę sobie zrekompensować czasy samotności, czy też wynika to z tego, że nie zaznałam miłości kobiety, a przynajmniej nie w takim stopniu, jakiego bym pragnęła. Bo teraz zakochuję się w kobietach. A kiedyś różnie, ale częściej w mężczyznach, co jednak mogło wynikać z podświadomego przeświadczenia, że bycie z mężczyzną doda mi prestiżu jako kobiecie. Mogło też wynikać z przeświadczenia, że mężczyznę można przynajmniej próbować zdobyć, a kobieta i tak jest hetero i nie wolno jej nawet tego wyznać, bo kaplica. A pragnęłam miłości tak bardzo, że pewnie zakochałabym się nawet w drewnianej kukiełce.

 

Opublikowano dysfunkcje, miłość, nerwica, niska samoocena, orientacja seksualna, problemy z adaptacją

Atak wkurwu

Minął ponad miesiąc od ostatniego wpisu, więc wypadałoby dać znak życia. No więc żyję. Raz miałam atak wkurwu, trochę nieproporcjonalny i męczący, ale w gruncie rzeczy uzasadniony, choć długo trwało, zanim jakoś ułożyłam sobie to wszystko w głowie, dlaczego się tak wściekam, o co w ogóle chodzi, czy mam rację. Chyba trochę miałam. A stopień tego zdenerwowania wynikał pewnie stąd, że odezwały mi się różne stare traumy, kompleksy, lęki, upokorzenia. Okazuje się, że jestem jeszcze bardzo daleka od takiej wewnętrznej pewności i porządku, kiedy nawet jak mnie ktoś wkurzy, to będę reagowała tylko na to konkretne wkurzenie, a nie na pięćdziesiąt wcześniejszych, i będę miała dość jasne pojęcie, dlaczego się wściekam. Ponoć to nie jest takie łatwe i ponoć mnóstwo ludzi ma podobny problem. Ktoś coś do ciebie powie, a ty nagle czujesz, że świat ci się usuwa spod nóg, z jednej strony jesteś wściekła, z drugiej czujesz się totalnie upokorzona i zdezorientowana, o co tu w ogóle chodzi. Napisałam, że długo trwało, nim sobie to ułożyłam, ale tak naprawdę wcale nie jestem pewna, czy faktycznie ułożyłam, czy tylko się uspokoiłam. OK, coś tam wiem, ktoś mnie potraktował protekcjonalnie, nie docenił mojej pracy i zadzierał nosa, ale dlaczego akurat taka złość i poczucie upokorzenia, z jakimi sytuacjami z kiedyś mi się to kojarzy? Myślę, że może to mieć związek z faktem, iż w latach młodości, jako nastolatka, czułam się bardzo nieatrakcyjna jako kobieta i nieudolna jako człowiek, i kompensowałam to sobie poczuciem wyższości intelektualno-artystycznej. To mnie trzymało przy życiu, wierzyłam, że kiedyś świat się na mnie pozna i doceni mnie. Kiedy więc ktoś uderzał w mój intelekt czy talent, kwestionował jedyną rzecz, jaka pozwalała mi żyć. To było jak wywiercenie dziury w chroniącym mnie murze. Powodowało wielkie przerażenie, że zaraz zostanę zdemaskowana, okaże się, że jestem do niczego niepotrzebna i zginę, i mogłam na to zareagować tylko rozpaczliwym wyparciem, zaprzeczeniem, powiedzeniem, że to się nie dzieje. Teraz niby jest o tyle lepiej, że nie uzależniam swojego prawa do życia od intelektu czy talentu, ale być może mózg zapamiętał taką reakcję i kiedy ktoś obcesowo wytyka mi głupotę, odczuwam to jako zamach na swoje życie. Podobno nie ma na człowieka lepszej broni niż zawstydzenie go. Dzięki temu udają się szantaże. Ja oczywiście nie myślałam o tym jako o zawstydzeniu, ale jeśli się czuje coś w rodzaju „O Jezu, zdemaskowali mnie!”, to co to jest, jak nie wstyd? Czytałam ostatnio, że ważne jest, aby postarać się zawęzić perspektywę do konkretnej sytuacji, nie myśleć „Jestem głupia”, tylko „Pomyliłam się”. Na przykład w opisywanym przeze mnie przypadku człowiek, który wytykał mi błędy, w paru miejscach miał rację, a w paru jej nie miał. Jeśli pozwolę sobie być omylną i przyznam, że tu się pomyliłam, a tu nie, nie wychodzę na idiotkę, a ostateczna wersja projektu będzie wyglądała lepiej. Ale jeśli każdy udowodniony błąd jest dla mnie jak kula przeszywająca zbroję, daję się zamknąć w pułapce wstydu i zamiast merytorycznie, reaguję wyparciem, urazą, furią. Wtedy przeciwnik wygrywa, bo mnie zabija mój własny wstyd, nawet jeśli ja popełniłam jeden błąd, a on dziesięć.

Zobaczymy, czy te przeczytane mądrości w ogóle mi się do czegoś przydadzą, kiedy następnym razem coś takiego się zdarzy. Oby.

Opublikowano autoterapia, frustracja, niska samoocena, obawy, wstyd

Wesołych Świąt

Wszystkim, którzy tu zaglądają, życzę większego porządku i radości w życiu, mniej samotności, mniej przygnębienia, więcej miłości własnej i zrozumienia dla własnych słabości, dużo dobroci i ciepła dla siebie, a jak starczy, to i dla innych – w nadchodzące święta, w najbliższe dni, w przyszłym roku.

Opublikowano nadzieja, ogólne

Smuteczek

Nie jest to fajne, kiedy człowiek przeszedł terapię – która wprawdzie, jego zdaniem, nie załatwiła wszystkich spraw, ale jednak sporo zrobiła, zredukowała nerwicę, pozwoliła się przyznać do różnych rzeczy, do których wcześniej się nie przyznawał – a jednak wciąż czuje smutek. Dojmujące, niemal codzienne poczucie smutku i samotności pomimo bycia w związku z naprawdę troszczącą się o niego osobą. Rodzą się myśli, że może jednak ten niedobór serotoniny jest stały, endogenny, może jedyne, co da się z nim zrobić, to branie prochów. Ale z drugiej strony pomyślałam sobie dzisiaj, że właśnie takie przyznanie się do tych wszystkich swoich słabości może się przyczyniać do tego smutku. Zniknął bowiem mechanizm obronny polegający na projektowaniu swoich problemów na zewnątrz, narzekaniu, że świat jest zły, że wartości zanikają, ludzie nas ranią, i tym podobnych historiach wygłaszanych często przez osoby, które ja postrzegam jako pogrążone w depresji, choć one niekoniecznie tak uważają. Kiedy nie masz kogo oskarżyć, a wciąż jest ci smutno, nie możesz tego smutku przetworzyć na złość czy frustrację wobec otoczenia albo szeroko pojętego świata. Jest tylko ten smutek i poczucie winy, że nie możesz nic nań poradzić. To poczucie winy chyba oznacza, że nie wyzwoliłaś się tak do końca ze swojej nerwicy. Albo że faktycznie masz endogenną depresję. Tak czy owak, zrobiło mi się trochę weselej na myśl, że znalazłam usprawiedliwienie dla swego smutku – nie oszukuję już siebie, hurra! Może to jest konieczny etap, po którym będzie lepiej. Albo etap konieczny do tego, by dojść do wniosku, że tabletki są potrzebne. Whatever. Jakoś żyję, pracuję, choć w bólach, i to się liczy.

Opublikowano autoterapia, ból, depresja, nadzieja, nerwica, niska samoocena, smutek

Pustka

To, co czuję teraz, co czułam tyle razy w życiu od najmłodszych lat; to poczucie pustki, jakby już nigdy nic nie miało się zdarzyć, jakbym była w głębokiej studni, z której nie mogę dosięgnąć żadnego człowieka – a może po prostu poczucie koszmarnej nudy, która nie wiadomo dlaczego jest taka koszmarna, skoro jest tylko nudą… To przecież nie mogła być depresja, prawda? No bo depresja jest wtedy, kiedy nie możesz wstać z łóżka, kiedy chcesz się zabić, kiedy nie otwierasz przyjaciołom drzwi.

To była depresja. Najwyraźniej ta choroba ma różne oblicza: potrafi przygnieść swoim ciężarem, sprawić, że człowiek staje się całkowicie bezbronny, ale potrafi też, tak jak u mnie, przebiegać łagodnie, lecz nad wyraz upierdliwie, skoro objawów opisanych w pierwszym akapicie doświadczałam już w podstawówce. Trochę żałuję, że dowiedziałam się o tym tak późno, bo przez większość życia miałam wyrzuty sumienia z powodu lenistwa i braku wytrwałości, a teraz przynajmniej w swojej głowie mogę zwalić winę na chorobę. Żeby nie było – cieszę się, że jej objawy są u mnie dość łagodne, ale ponieważ są chroniczne (a raczej chronicznie powtarzalne), bardzo mi przeszkadzają. Gdyby nie one, zrobiłabym/dokończyła wiele zarzuconych rzeczy i byłabym dziś zupełnie gdzie indziej.

No i teraz do meritum. Przez tych 9 miesięcy, kiedy brałam nexpram, a zwłaszcza przez 6 miesięcy, kiedy brałam całą tabletkę (bo połówka to, jak już pisałam, raczej placebo niż prawdziwy lek), praktycznie nie miałam kontaktu z tą pustką. Czasem jakiś chwilowy smutek, przeważnie będący przesadną reakcją na jakieś konkretne zdarzenie, ale żeby pustka, z którą co dzień trzeba walczyć, oszukiwać ją, odganiać? Teraz znów mnie takie coś naszło, znów parę dni pod rząd próbuję tę dziurę czymś zapełnić, zasypać. I po raz kolejny rodzi się pytanie, czy nie wrócić do brania leku. Z jednej strony można powiedzieć „przecież sobie radzę”, no bo sobie radzę, pracuję, żyję, umiem się śmiać, więc niby po co miałabym brać jakiś lek, który niby nie ma widocznych skutków ubocznych, ale cholera wie, co tam na dłuższą metę zrobi z organizmem. Z drugiej – wyobraźcie sobie, że przez cały czas poruszacie się w jakiejś mazi, która was spowalnia i przez którą na każdą czynność musicie tracić znacznie więcej siły niż w normalnym powietrzu. Tak mniej więcej to wygląda. Chyba jednak potrzebuję mocniejszego bodźca, żeby wrócić do leku. Jakiegoś kryzysu na miarę tego, który sprawił, że zaczęłam go brać. Na razie brnę przez tę maź i czasem udaje mi się dokądś dobrnąć. Tylko czy niepotrzebnie nie tracę czasu, gdy mogłabym swobodnie płynąć?

Argumentów za i przeciw, jak widać, jest niemało. Na razie przeważa argument, że skoro nie biorę, a nic strasznego się nie dzieje, to nie ma sensu znów zaczynać brać. Co powiedziawszy, wracam do przedzierania się przez maź.

Opublikowano depresja, frustracja, obawy, smutek