Święty Graal podniecenia

Znalazłam w sieci fajny artykuł ze Zwierciadła. Piszą o kobiecej masturbacji. O tym, że: „Faceci się masturbują i w większości nie mają z tego powodu poczucia winy. (…) Masturbacja jest naturalna i nie prowadzi do zahamowań ani nie rozbudza w złym tego słowa znaczeniu. Jest wręcz odwrotnie – dla kobiet to sumienie popędu seksualnego wiąże się z poważnymi konsekwencjami nie tylko natury erotycznej, ale też emocjonalnej”. I że: „Masturbacja nie przynosi szkody naszej psychice, oprócz takiej, jaką same możemy sobie wyrządzić – na przykład przez utrzymywanie poczucia winy z tego powodu”.

Szkoda, że tak późno. Kiedy dojrzewałam w latach 80., jedynym „nieplotkarskim” źródłem mojej wiedzy o seksie była książeczka O dziewczętach dla dziewcząt, w której raz jeden pojawia się tajemnicze słowo „onanizm”. Następuje to w kontekście jakiegoś bełkotu o tym, że jak chłopiec lub dziewczynka nadmiernie interesują się życiem płciowym, to „może dojść do onanizmu”. I czytamy: „Onanizm lub samogwałt [! – przypis mój] to drażnienie własnych narządów płciowych w celu wywołania przyjemnych wrażeń”. No więc na tamtym etapie ani trochę mnie to nie zachęciło, zwłaszcza że o istnieniu czegoś takiego jak orgazm nie wspomniano, więc nie wiedziałam, o co w ogóle ten hałas. Zapamiętałam jednak, że robienie tego jest be. Wprawdzie nie napisano tego explicite, ale taki wniosek płynął dla mnie z powyższych słów, a zwłaszcza ze słowa samogwałt.

Później, kiedy już to robiłam, przeczytałam jeszcze w jakimś czasopiśmie, że przeprowadzono badania, z których wynikło, iż (cytuję z głowy i nie jestem pewna liczb, ale z grubsza tak) „onanizuje się około 90% chłopców i 30-50% dziewcząt”. Zdaje się, że w tym samym artykule napisano, iż masturbacja w wieku dojrzewania nie jest niczym złym, ale (znów cytat z głowy) „zboczeniem [! ­– przypis mój] jest onanizowanie się wówczas, kiedy istnieje możliwość utrzymywania normalnych kontaktów płciowych”. To też wryło mi się w pamięć i wyciągnęłam z tego dwa wnioski: po pierwsze, należę do tej gorszej mniejszości, która nie umie się powstrzymać, po drugie, jak będę miała dwadzieścia parę lat i wciąż będę to robić, to będzie znaczyło, że jestem zboczona.

Dzisiaj mówi się o tych sprawach więcej i inaczej, ale takich artykułów jak ten cytowany na wstępie wciąż chyba nie ma za wiele, a przede wszystkim kobiety nadal ukrywają masturbację – a także fantazje erotyczne i zainteresowanie erotyką/pornografią – jako wstydliwy sekret. W moim przypadku tego wstydu było tyle, że dopiero teraz znalazłam w sobie siłę, żeby się zmierzyć z tym tematem i opisać emocjonalny ból, jakiego przez wiele lat doświadczałam.

Masturbację odkryłam we wakacje między II a III klasą liceum. Dość późno w sumie. Później, niż zaczęłam pić alkohol i palić papierosy. Czułam czasem podniecenie płciowe, ale ponieważ nadal chyba za bardzo nie wiedziałam, czym jest orgazm, nie widziałam celu w dotykaniu się w intymnych miejscach. W końcu jakoś tak wyszło, że zaeksperymentowałam i spodobało mi się. Początki były nawet fajne, miały w sobie poczucie niewinnego odkrywania czegoś fajnego. Pierwszy wstyd pojawił się wtedy, gdy zaczęłam w tym szukać ucieczki od samotności, problemów z adaptacją i z rodzicami. O tym też wspomina artykuł ze „Zwierciadła”: „Oczywiście istnieje ciemna strona masturbacji, gdy jest używana jako środek zaradczy na poczucie osamotnienia, przedłużający się stres, kłopoty w związku. Jeśli masturbujemy się kompulsywnie, nawykowo, nerwowo możemy uzależnić się od niej tak, jak od każdej rzeczy niosącej pozorną ulgę”. Pierwsze z tych zdań dotyczy mnie z całą pewnością; nad drugim można debatować: większość ludzi powie, że nie widzi problemu w tym, iż ktoś robi to no już maksymalnie dwa razy w ciągu dnia, a na ogół raz na tydzień. Ja jednak czułam się uzależniona. Wielokrotnie obiecywałam sobie, że nie będę tego robić przez taki a taki czas (nie pamiętam, czy kiedykolwiek obiecywałam sobie, że w ogóle przestanę) i kiedy się nie udawało, czułam się podle, a kiedy się udawało, na ogół byłam rozczarowana pierwszym razem po przerwie. Dodatkowym źródłem poczucia, że coś jest nie tak, był fakt, iż robiłam to nie wtedy, gdy byłam podniecona, tylko wtedy, gdy miałam czas i wolną chatę. Oczywiście wiązało się to z pewnymi fantazjami, o których później. A z seksem chyba generalnie tak jest, że uprawia się go wtedy, gdy są po temu warunki. Tak jest urządzone nasze społeczeństwo. Dla mnie jednak był to sygnał, że to, co robię, robię nie z potrzeby ciała, lecz dlatego, że coś popieprzyło mi się w głowie.

Na początku lat 90. pojawiła się telewizja satelitarna, która późnym wieczorem emitowała „filmy dla dorosłych”. Nie pamiętam, czy polowałam na taki film, czy też trafiłam nań przypadkiem, gdy rodzice pewnego razu wyjechali. Pierwsze oglądanie też było fajne, bo nie musieli prawie nic pokazywać, a ja i tak się podnieciłam. Pamiętam nawet fabułę (!) tego filmu: jakaś para niesie łóżko przez miasto i co rusz któraś ze stron sobie wyobraża, co będą na tym łóżku robić. Na końcu chyba faktycznie to robią.

Z czasem było już gorzej. Po pierwsze, pokazywane filmy na ogół wywoływały we mnie głęboki niesmak, który zmieniał się w niesmak do siebie. Były utrzymane w stylistyce disco polo, pokazywały zwykle brzydkich ludzi i brzydkie wszystko, a mimo to je oglądałam. Po drugie, ponieważ tak naprawdę niewiele tam pokazują, a pewnie też i dlatego, że pokazują niekoniecznie to, co mnie kręci, często na próżno szukałam w tych filmach odpowiedniej podniety, po zakończeniu jednego przełączając na drugi i tak czasem czuwając do trzeciej w nocy w poszukiwaniu świętego Graala podniecenia.

Co się ze mną wówczas działo w dziennym życiu? Miałam dwadzieścia parę lat, wciąż byłam samotna, wciąż miałam problemy z adaptacją społeczną i tak niską samoocenę, że nie wyobrażałam sobie, aby ktoś chciał ze mną być. Oczywiście wyrzucałam sobie, że przez uzależnienie od masturbacji i fantazji erotycznych oddalam się od prawdziwego życia; że zamiast robić coś w celu poprawy swoich relacji społecznych, uciekam. Czy było w tym ziarno prawdy? Pewnie tak. Ale dziś sądzę, że samotność była wynikiem mojej nieśmiałości i kompleksów (+pecha?), a znowuż ta samotność przekładała się na potrzebę masturbacji, nie zaś odwrotnie.

Moje fantazje erotyczne początkowo przetwarzały sytuacje widziane w filmach. A w filmach było wszystko: faceci i kobiety, seks taki i owaki. Z czasem w ogóle przerzuciłam się bardziej na własne fantazje i te fantazje stawały się coraz bardziej fantazyjne. Zaczęły się bardzo zaostrzać, przy czym wektor tej ostrości był skierowany ku mojej osobie, tj. lubiłam sobie wyobrażać, że ktoś sprawia mi ból. Najlepiej więcej niż jeden ktoś. Było to pozbawione jakiejkolwiek otoczki BDSM, zresztą w ogóle tego nie łączyłam, nie interesowałam się tym tematem, a ichnie rekwizyty nigdy mi się nie podobały. Po prostu wyobrażałam sobie orgie z przewagą facetów i ból, który potęguje orgazm. Zdarzało mi się także przenosić te fantazje do świata fizycznego, tj. zadawać sobie ból podczas masturbacji. Nie potęgował orgazmu, za to potęgował poczucie wstydu i upokorzenia. Nie wykluczam, że komuś faktycznie taka kombinacja może sprawiać przyjemność. Właściwie to głowy nie dam, że mnie nie sprawiała. Ale kac moralny był większy niż normalnie.

Co się ze mną działo wówczas w dziennym życiu? Miałam trzydzieści parę lat, nadal przez zdecydowaną większość czasu byłam samotna, podjęłam dwie nieudane próby psychoterapii. Wydawałoby się, że już nic ze mnie nie będzie. A jednak życie potoczyło się tak, że związałam się z kimś, moje fantazje złagodniały, a wstyd ostygł na tyle, że postanowiłam się wam ze wszystkiego wyspowiadać, co kiedyś uważałabym za niemożliwe. Problemów wciąż mam co niemiara, ale ten, który tu opisałam, jest jedynie zadrą z przeszłości, która wciąż w moim sercu tkwi i czasem pobolewa.

No dobrze. Opisałam swoje niecne myśli i czyny, a przede wszystkim towarzyszące im poczucie wszechogarniającego wstydu. Skoro jednak w jakimś stopniu się z niego wyzwoliłam, spróbuję trochę podywagować nad jego przyczynami.

1) Niezidentyfikowane poczucie winy/wstydu towarzyszyło mi od dzieciństwa. Być może była to kwestia wychowania, a może po prostu miałam jakiś problem z równowagą hormonów w mózgu, np. wydzielało mi się za mało serotoniny. Pamiętam siebie jako dziecko zamyślone i zamknięte w sobie. Negatywne, a w najlepszym razie neutralne (choć to dość łagodna ocena) słowa na temat masturbacji, które wyczytałam jako nastolatka, padły więc na podatny grunt. Niewykluczone zresztą, że czytałam też opinie mniej negatywne, ale zapamiętałam te pierwsze.

2) Nawet gdybym nie nosiła w sobie poczucia winy, sama lektura tych tekstów, zakładając, że faktycznie innych nie było lub było niewiele, wystarczyłaby, żeby mnie zawstydzić. Trudno czerpać z czegoś radość, gdy ci mówią, że dokonujesz gwałtu na sobie i należysz do zboczonej mniejszości.

3) Filmy „erotyczne” w TV. To mój ulubiony temat. Uważam, że ich oglądanie bardzo negatywnie wpłynęło na moje myślenie o seksie. Problem z tymi filmami był/jest taki, że jeśli masz ochotę patrzeć na seks, musisz oglądać to, co akurat pokazują, nawet jeśli ci się to nie podoba. To znaczy podoba ci się, że uprawiają seks, ale niekoniecznie, że w taki sposób. To plus ogólna kiczowatość produkcji wywołuje obrzydliwy dysonans, z którym trudno sobie poradzić. Obecnie jest internet, więc można przynajmniej wybrać rodzaj seksu, który ma się ochotę oglądać, jakkolwiek z jakością pewnie wciąż jest problem. Ja chyba nic nie oglądałam w internecie, natomiast sporo czytam i tu też widzę problem z jakością, ale mam przynajmniej ten komfort, że jeśli minusy danej historyjki przeważają nad plusami, po prostu z niej wychodzę i zaczynam czytać inną. No i wybieram gatunek, na który mam ochotę. Natomiast wtedy istniał jedynie wybór między tym, co leci w TV, a niczym. Pomijając pytanie, czy znalazłoby się tam coś bardziej odpowiedniego, trzeba by mieć ogromną odwagę, by będąc kobietą wypożyczyć z wypożyczalni video film pornograficzny. Znajomy pracownik takiego miejsca mówił mi, że za jego kadencji trafiły mu się dwa takie przypadki, przy czym raz była to grupa kilku dziewcząt (w kupie raźniej), a raz dziewczyna, która twierdziła, że wypożycza film dla chłopaka.

4) Z interpretacją tego doświadczania bólu w fantazjach i zadawania go sobie w rzeczywistości mam największy problem. Z jednej strony chciałabym myśleć, że to był taki mój sposób karania siebie za to, iż w ogóle to robię. Sprawiasz sobie przyjemność, a jednocześnie zadajesz ból – tak jak grzesznicy, którzy się biczują, albo osoby, które robią sobie sznyty, by poprzez odczucie fizycznego bólu pozbyć się psychicznego. Mogło jednak być również tak, że po prostu z czasem potrzebowałam coraz silniejszych bodźców. Trudno powiedzieć. Choć za tym pierwszym przemawiałby fakt, że obecnie mam zupełnie inne wizje – powiedziałabym nawet, że młodzieńcze, choć ja takich w młodości nie miałam, bo oddzielałam wizje miłości od wizji seksu. To już chyba nie tylko mój problem, ale naszej kultury.

Mam nadzieję, że ten tekst się komuś przyda. Że nie są to wyłącznie ekshibicjonistyczne wynurzenia. Przede wszystkim chciałabym powiedzieć osobom borykającym się z podobnym problemem, że masturbacja nie jest powodem do wstydu, nie jest przyczyną ich kłopotów z kontaktami damsko-męskimi (lub damsko-damskimi albo męsko-męskimi), a ewentualnie może być następstwem tych kłopotów, choć równie dobrze może być przyjemnością nijak się mającą do jakichkolwiek kłopotów. Jeśli czujecie wstyd, to albo dlatego, że wam go wpojono, albo dlatego, że jesteście skazane/skazani na pornografię nieodpowiadającą waszej wrażliwości i waszym gustom. A cokolwiek robicie w fantazjach i na jawie, jeśli sprawia wam to przyjemność, róbcie to. Chyba że ranicie się fizycznie w stopniu, który zaczyna stanowić problem – wtedy jednak warto się udać do seksuologa czy choćby psychologa albo na początek poszukać porady w internecie.

A o swoich wyobrażeniach tego, jaka pornografia by mi się podobała, choć jeszcze jej nie spotkałam (lub sporadycznie) napiszę wkrótce.

Na koniec jeszcze jeden znaleziony artykuł, choć tylko częściowo na temat – o kobiecych fantazjach erotycznych

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii masturbacja, nerwica, problemy z adaptacją, seksualność, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.