Dez-orientacja seksualna

Dziś będzie o orientacji seksualnej, a konkretnie o trudnościach z jej określeniem i o tym, czy w ogóle istnieje konieczność określenia się.

Ja mam z tym kłopot mniej więcej od czasów liceum, bo wtedy pierwszy raz zakochałam się w kobiecie. W facetach podkochiwałam się już w podstawówce. Może zresztą podkochiwałam się również w kobiecie, tylko nie byłam tego świadoma.

Ze świadomością w ogóle był problem. Zakochiwałam się bowiem w taki sposób, że trudno było określić, czy te uczucia są platoniczne, czy już nie. Marzyłam o tym, że obiekt uczuć przytula mnie, głaszcze, całuje jakoś delikatnie po włosach i takie tam. W zasadzie dotyczyło to zarówno kobiet, jak i mężczyzn, jakkolwiek kiedy snułam sobie historyjki o tym, co będę robić z ukochanym mężczyzną, majaczyło gdzieś tam łóżko, ale było to spowodowane raczej względami kulturowymi niż autentyczną potrzebą: po prostu uważałam, że facet musi, więc wyobrażałam sobie, że się tak przytulamy, przytulamy, potem idziemy do łóżka, coś tam robimy, nie wiadomo właściwie co, a potem znów się przytulamy.

Jest to dość dziwaczne w kontekście moich wcześniejszych wynurzeń o fantazjach erotycznych i masturbacji, ale może i nie tak dziwaczne, bo nasza kultura robi wiele, żeby oddzielić seks od miłości, a ja się tylko wpisałam w ten trend. Seks to była pornografia, masturbacja i fantazje erotyczne, a miłość była romantyczna i polegała głównie na przytulaniu, trzymaniu za rękę, no już ewentualnie całowaniu, ale bez udziału języka 😉

Sądzę, że oprócz względów kulturowych totalne rozdzielenie miłości i seksu – dwóch zbiorów, które zasadniczo powinny mieć sporą część wspólną – wynikało u mnie z deficytu miłości matczynej w dzieciństwie. Nawet jako dorosła i pozornie dojrzała kobieta tęskniłam do takiej bezwarunkowej miłości objawiającej się przytulaniem, głaskaniem, szeptaniem uspokajających słówek. Kiedy zakochiwałam się w mężczyźnie, w moich romantycznych fantazjach brałam pod uwagę, że kiedyś tam, niestety, musimy do tego łóżka pójść, a kiedy w kobiecie, to mogłam się w owych fantazjach przytulać w nieskończoność i podobało mi się to. Czasem tylko czułam „coś” albo odkrywałam wilgoć w intymnym miejscu i myślałam „ups” – zwłaszcza jeśli osoba, o której sobie roiłam, była kobietą.

Mimo to wciąż nie byłam przekonana, że kobiety interesują mnie „w ten sposób”. Nie uciekałam jakoś strasznie od tej myśli. Kiedy akurat interesowała mnie jakaś kobieta, to zwykle uważałam się za biseksualną, a kiedy przez dłuższy czas takiego zainteresowania nie było, za hetero. Co więcej, byłam nawet przez kilka miesięcy związana z kobietą – wprawdzie nie poszłyśmy do łóżka, ale była pierwszą osobą, z jaką się całowałam, a nasza znajomość była tak burzliwa, że z pewnością nie można nazywać jej przyjaźnią. Miałam wtedy 19 lat, ona 28. Różnica w naszym doświadczeniu życiowym i seksualnym była ogromna. Przypuszczam, że gdyby nie toksyczność tego związku, która ostatecznie doprowadziła do jego zakończenia, w końcu do czegoś by doszło. Ale nie ubolewam, że tak się nie stało. Choć cenię sobie to, co wtedy przeżyłam.

Żeby było śmieszniej, po zakończeniu tego związku na jakiś czas utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem hetero (!). Po pierwsze, jej pocałunki jakoś mnie nie powaliły. Do dziś nie lubię, jak ktoś pakuje mi język do ust, a jeśli już, to musi się to odbywać powoooli i być poprzedzone czymś w rodzaju gry wstępnej, a nie na chybcika w parku za drzewami. (Wiem, to nie jej wina, że kobiety nie mogą się pocałować na ulicy, żadna z nas nie miała własnego mieszkania, a z knajpy raz nas nawet wyproszono – przypominam, że to było ponad dwadzieścia lat temu). Po drugie, zaczęłam właśnie studia i świetnie się bawiłam, imprezując i wiodąc beztroski młodzieńczy żywot. Chciałam, żeby tak zostało. Okres trwania tamtego związku wspominałam źle. Jego toksyczność, konieczność ukrywania się z każdym gestem, spojrzenia na ulicy, gdy byłyśmy wystarczająco pijane, by się nie kryć – miałam głębokie poczucie, że nie chcę tak żyć. No i faktycznie w następnych latach parę razy bez wzajemności kochałam się w facetach, a jeden to nawet zakochał się we mnie, też bez wzajemności. A potem znów zakochałam się w kobiecie…

Znów bez wzajemności i znów tak, że nie wiedziałam, czy chodzi mi o coś więcej niż czerpanie z jej objęć czułości i wsparcia. Wprawdzie moje ciało dawało pewne sygnały, ale mu nie ufałam, bo ciału zdarza się dawać sygnały pod wpływem różnych skojarzeń. Byłam przyzwyczajona, że w filmach „dla dorosłych” i w moich fantazjach erotycznych występują różne konfiguracje płci, więc to nie musiało nic znaczyć. A dodatkowym powodem do wyparcia tych pragnień, jeśli istotnie takie wyparcie miało miejsce, był fakt, że ta kobieta była nie tylko (w moim mniemaniu) niedostępna, ale że nawet okazanie/wyznanie jej tych uczuć mogłoby mi utrudnić życie.

W międzyczasie ze dwa razy zakochiwałam się w facetach, a kiedy mi przechodziło, uczucie do niej powracało. Może dlatego, że niewyznane, a więc nie było szansy na odtrącenie i odbicie się od dna.

Kiedy w końcu poszłam do łóżka z facetem, nadal nie potrafiłam wyrażać – ani w pełni sobie uświadamiać ­– swoich pragnień, więc doznania były równie kiepskie jak przy pocałunkach z kobietą. I to nie tylko za pierwszym razem, ale też za kolejnymi. Związek zakończył się po paru miesiącach z powodów różnorakich. To znaczy wyobrażałam sobie, że z powodu mojej ofermowatości i ogólnej beznadziejności, ale dziś myślę, że tak czy owak byliśmy partnerami dość przypadkowymi i dobrze się stało dla nas obojga, że każde poszło w swoją stronę.

Później miałam różne myśli o kobietach, czasem któraś zwróciła moją uwagę, ale nie przypominam sobie żadnego zakochania. A w facetach owszem. Może faktycznie kluczowa jest tu kwestia czegoś, co można by nazwać pozwoleniem sobie na zakochanie – faceta możesz próbować zdobyć, możesz mu wyznać miłość, a kobiecie – no cóż, do tej pory nigdy nie wyznałam, poza tą jedną, która była odwzajemniona. Może więc podświadomie nie dawałam sobie zgody na takie uczucie, chyba że zaatakowało z taką mocą, iż nie mogłam się bronić. Ale to tylko domniemanie. Pewne jest, że kiedy poznałam mojego obecnego męża, nic mu nie mówiłam o swoich rozterkach, bo a) od dawna nic się w tej materii nie działo i nie wiedziałam, czy w ogóle sobie tego nie uroiłam; b) uważałam, że skoro już spotkałam kogoś, kto mnie pokochał z wzajemnością i chce stworzyć ze mną stały związek, to jest to tak super, że niczego innego nie będzie mi już w życiu potrzeba. Przynajmniej na niwie uczuciowo-erotycznej.

Aż tu po paru latach bycia razem jebs! Zaczęło się od snu. W tym śnie byłam młodą dziewczyną. Ukrywałam się przed jakąś policją czy czymś u pewnej kobiety, z którą znałam się z widzenia. Gdy policja odeszła, kobieta postanowiła na wszelki wypadek odwieźć mnie do domu. Podjechałyśmy, żegnamy się, ona położyła dłoń na mojej i – eksplozja emocji! Nic erotycznego, tylko ogromne, rozbuchane, nieokiełznane emocje. Obudziłam się i czułam, że nic już nie będzie takie samo.

Potem był drugi sen. Erotyczny. Jakby zaprzeczenie tamtego, bo żadnej miłości, tylko seks. Zgadliście – z kobietą. Obudził mnie orgazm. Albo tak mi się zdawało. Kilka razy w życiu przydarzyło mi się, że orgazm budził mnie ze snu, ale ponieważ wciąż na wpół spałam, nie mogę dać głowy, że to mi się nie przyśniło. Chyba jednak nie. Potem miałam jeszcze jeden sen, w którym jakaś dziewczyna, która nawet nie była ładna ani nic do niej nie czułam, zaczęła mnie całować i… zgadliście.

Konia z rzędem temu, kto mi powie, jaką mam orientację. Przez większość życia myślałam, że bi, czasem, że hetero, teraz się zastanawiam, czy aby nie les. Cholera wie, co będę myśleć i czuć za pięć lat. W pewnym artykule, którego teraz nie mogę znaleźć, wyczytałam, że pani psycholog z Wielkiej Brytanii prowadziła badania, z których jej wynikło, że kobieca orientacja bywa płynna i może się zmienić z wiekiem. Ten zaś raport, którego lekturę ogólnie ze wszech miar polecam, bo wiele się z niego dowiedziałam, wśród definicji osób biseksualnych wymienia takie:

●● People who see themselves as attracted to ‘both men and women’.

●● People who are mostly attracted to one gender but recognise this is not exclusive.

●● People who experience their sexual identities as fluid and changeable over time.

●● People who see their attraction as ‘regardless of gender’ (other aspects are more important in determining who they are attracted to).

●● People who dispute the idea that there are only two genders and that people are attracted to one, the other, or both.

No więc w świetle przeżyć ostatnich dwóch lat można mnie zaliczyć do grupy trzeciej – tej, która postrzega swoją orientację jako płynną i zmienną w czasie, czyli tak, jak twierdzi ta pani psycholog – natomiast przypuszczam, że gdyby nie pewne kwestie kulturowe, które różnicowały moje zapatrywania na zainteresowanie poszczególnymi płciami, prędzej należałabym do czwartej, czyli do tej, która zakochuje się w osobach niezależnie od ich płci.

Ale to tylko takie moje domniemania bazujące na założeniu, że jestem biseksualna, co wydaje mi się najbardziej prawdopodobne w przekroju całego dotychczasowego życia. Pozostaje obserwować siebie przez kolejne lata. Zakładając, że w ogóle trzeba się określać, bo czyż nie lepiej byłoby po prostu założyć, że całe to gadanie o orientacjach to jakieś sztuczne tworzenie podziałów? Sztuczne, rzecz jasna, z perspektywy takich osób jak ja.

Paradoksalnie to wzmożone zainteresowanie kobietami, jakie u siebie obserwuję, prawdopodobnie zawdzięczam mojemu mężowi, a raczej naszemu związkowi. Po raz pierwszy bowiem naprawdę poczułam się kochana i dostałam tego wymarzonego przytulania tyle, ile mi było trzeba, więc niejako mogłam się przenieść na inny poziom świadomości, to znaczy zacząć myśleć o seksie z ukochaną osobą nie jako o czymś, co musi się stać, lecz jako o czymś, co ma mi sprawić przyjemność. Ba, nawet nauczyłam się tę przyjemność odczuwać, co wymagało uprzedniego zdefiniowania i zwerbalizowania swoich potrzeb/pragnień. Seks został oddemonizowany, stał się częścią życia. Pęknięcie tej bariery sprawia, że kiedy dziś marzę o miłości z kobietą, to… cóż, myślę nie tylko o przytulaniu.

Jestem mu wdzięczna za to i za wiele innych rzeczy. A o tym, jak widzę moją/naszą przyszłość, nic wam nie napiszę, bo nie mam o tym zielonego pojęcia. Możliwy jest każdy scenariusz.

Jeszcze jedno, ważne: rozmawiam o tym z mężem. Dałam mu adres tego bloga. Dzięki temu jest mi lżej niż gdybym to w sobie dusiła. I uczciwiej. Jasne, że niektóre myśli zachowuję dla siebie… jak chyba każdy.

On zaś wyczytał w sieci, że większość kobiet jest bi, i na razie czuje się uspokojony 😉 Może i słusznie.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii miłość, orientacja seksualna, seksualność. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.