Dotyk

Pod pojęciem rodziny dysfunkcyjnej najczęściej rozumie się taką, w której występuje problem alkoholowy lub przemoc. W rzeczywistości dysfunkcyjna jest każda rodzina, w której dziecko nie może się normalnie rozwinąć emocjonalnie, nie otrzymuje oparcia i bezwarunkowej miłości. U mnie na przykład nie było alkoholu ani przemocy fizycznej, ale co z tego. Ten artykuł w wielu miejscach ociera się o moje osobiste doświadczenia: przemoc emocjonalna, nadmiernie wymagająca postawa wobec dziecka, a w szczególności  „Matki, dla których dziecko jest środkiem wyrównującym niespełnione marzenia, zawiedzione nadzieje życiowe. Są w stanie odrzucić dziecko emocjonalnie w sytuacji kiedy nie spełnia ono pokładanych w nim nadziei”. To ostatnie napisano jakby specjalnie z myślą o mnie.

Dziecko z rodziny dysfunkcyjnej ma problem z identyfikacją swoich potrzeb, dawaniem sobie przyzwolenia na ich realizację. Nie wie, jakie zachowania są właściwe, a jakie nie; nie potrafi interpretować cudzych gestów w stosunku do siebie albo interpretuje je błędnie. O takich błędnych interpretacjach – na przykład o swojej reakcji na krytykę albo coś, co postrzegam jako krytykę – postaram się napisać innym razem. Dziś chciałabym poruszyć kwestię dotyku. Otóż mnie w dzieciństwie nie dotykano. To znaczy nie przytulano. Musiałam strasznie za tym przytulaniem tęsknić, bo niemal całe moje późniejsze życie naznaczone jest tęsknotą za tym prostym gestem czułości i zarazem lękiem przed nim.

Przytulanie, nawet takie powitalno-pożegnalne, nigdy nie było dla mnie proste, bo nie wiedziałam, co ono oznacza. Czy jeśli ktoś mnie przytula, to znaczy, że jakoś szczególnie mnie lubi? Nie, lepiej tak nie myśleć, bo jeszcze zaangażuję się uczuciowo i będę cierpieć. Ze swej strony krępowałam się kogoś przytulić, a nawet cmoknąć w policzek. Jakby mi wpojono, że nie mam do tego prawa.

Rzeczywiście bardzo łatwo angażowałam się uczuciowo pod wpływem bodźców dotykowych – ktoś mnie objął, pogłaskał i już byłam zakochana. Niezależnie od płci tego kogoś i w dużej mierze niezależnie od jego fizycznej atrakcyjności. Miłe słowa też działały, ale dotyk był najskuteczniejszy. Ponieważ dość szybko zdałam sobie sprawę, że większość ludzi nie przywiązuje do dotyku takiej wagi jak ja, zaczęłam go unikać. Nie pozwoliłam się dotknąć nikomu, póki nie byłam przekonana, że jest równie zaangażowany emocjonalnie jak ja. Na szczęście istnieje coś takiego jak samooszukiwanie się, bo inaczej być może do dziś nikomu bym na to nie pozwoliła.

Bywało i tak, że ktoś się angażował, a ja nie. Pamiętam chłopaka, który prawdopodobnie miał takie same problemy emocjonalne jak ja i był równie spragniony uczuć. Kiedy wziął mnie za rękę, miałam wrażenie, że wypompowuje ze mnie tę odrobinę siły, którą posiadam. Po pierwszej randce byłam tak wykończona jego emocjami, że na kolejną nie miałam już ochoty. Przypuszczam, że coś podobnego musiały czuć osoby, w których ja się zakochiwałam. To tak, jakby się spotykało pusty bak, który nie ma ci nic do zaoferowania, ale za to chce zaczerpnąć paliwa od ciebie.

Teraz powoli, bardzo powoli oddemonizowuję dotyk i zaczynam rozumieć różne jego odcienie. Wciąż nie jest i chyba nigdy nie będzie to dla mnie tak naturalne jak dla ludzi obdarzonych w dzieciństwie bezwarunkową miłością, ale potrafię czerpać przyjemność z tego, że koleżanka czy kolega przytuli mnie na powitanie/pożegnanie, wiem, że wartość tego gestu należy oceniać w połączeniu z tym, kim jest dla mnie ta osoba i kim ja jestem dla niej – raz będzie to miły, ale nic nieznaczący koleżeński gest, a kiedy indziej gest prawdziwej przyjaźni i głębokiej serdeczności. Ba, potrafię nawet sama przygarnąć kogoś do serca, nie myśląc zaraz, że robię coś głupiego, niewłaściwego, a może nawet zakazanego.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii dysfunkcje, miłość, obawy, rodzina dysfunkcyjna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.