Pół dupy zza krzaka

Co tu dużo gadać, nadal nie uważam się za Miss Polonię. Nadal pamiętam, jak naśmiewano się z mojego wyglądu, choć dziś jestem skłonna przypuścić, że niektóre z tych śmiechów były urojone. Ale nie wszystkie. Do dziś zauważam spojrzenia ludzi, tylko nauczyłam się tłumaczyć sobie, że nie wyglądam ohydnie/dziwacznie, lecz po prostu inaczej. Specyficznie. Dlatego zwracają na mnie uwagę.

Być może nigdy nie będę w stanie ocenić, ile z tej mojej brzydoty – przepraszam: inności – jest rzeczywiste, a ile wyimaginowane. Wszystko zaczęło się chyba w okresie dojrzewania. Jakieś docinki, śmiechy. Brak zainteresowania ze strony chłopaków. Normalna dziewczyna w takiej sytuacji starałaby się coś w swoim wyglądzie poprawić – zmienić fryzurę, załatwić jakieś fajne ciuchy (choć o to ostatnie nie było łatwo). Ja uważałam, że nic mi nie pomoże, a próbując się upiększyć czy prosząc kogoś o radę, tylko się ośmieszę.

Takie przekonanie żywiłam przez wiele lat, aczkolwiek miało ono okresy remisji. Myślę, że w tych okresach faktycznie wyglądałam lepiej. Być może po prostu wyglądałam tak dobrze, że nawet moje zaburzone postrzeganie siebie musiało to wziąć pod uwagę. Albo miałam wyższy poziom serotoniny i dlatego inaczej siebie widziałam. Albo też inni ludzie dostarczali mi pozytywnych opinii o moim wyglądzie, a ja się nimi karmiłam.

Rzeczywiste bądź urojone spojrzenia i śmiechy były jednym z powodów, dla których zaczęłam się bać ludzi. Na ulicy czy w tramwaju nie patrzyłam nikomu w oczy, jakbym była tam obecna ciałem, lecz nie duchem. Ale nie potrzebowałam spojrzeń czy śmiechów, by wiedzieć, że z moim wyglądem jest coś nie tak. Wystarczyło spojrzeć w lustro. W domu jeszcze jakoś to znosiłam, ale jeśli natknęłam się na lustro w miejscu publicznym – w księgarni czy centrum handlowym – zdarzało się, że ogarniało mnie przerażenie i głęboka rozpacz. Postrzegałam wtedy swój wygląd jako potworny i choć innym razem wyglądałam „w miarę”, za normę uważałam tę najgorszą postać.

Całkiem niedawno – jakieś dwa lata temu – natknęłam się w internecie na pojęcie dysmorfofobii i pomyślałam, że to może być to, na co przez lata cierpiałam, a w jakimś stopniu wciąż cierpię. Nie jestem tego jednak pewna. Nigdy na przykład nie miałam pomysłu, żeby sobie zrobić operację plastyczną, bo uważałam, że to i tak by nic nie dało. Jak się jest potworem, to się nim pozostanie i już. W moim mniemaniu brzydota nie wynikała z żadnego konkretnego defektu (choć parę takich szczególnych dostrzegałam), lecz była całościowa.

Innym powodem mojej niepewności, czy faktycznie cierpię na to zaburzenie, jest fakt, że większość znalezionych przeze mnie tekstów traktuje je jako całkowicie oddzielną jednostkę chorobową i niewiele mówi o współistnieniu z innymi zaburzeniami. Na szczęście znalazłam artykuł, który podaje pewne informacje o możliwych przyczynach oraz zaburzeniach towarzyszących. Czytamy tam m.in.: „Niewątpliwie czynnikami sprzyjającymi występowaniu dysmorfofobii są niekorzystne doświadczenia z dzieciństwa, lęk przed odrzuceniem, pierwotnie niska samoocena”. Dowiadujemy się także, że aż 76% osób cierpiących na BDD (to skrót od angielskiej nazwy dysmorfofobii – body dismorphic disorder) w jakimś okresie swojego życia chorowało na depresję.

Osobiście postrzegam zaburzenia percepcji swojego wyglądu i przywiązywanie do niego nadmiernej wagi jako jeden z przejawów moich problemów z samooceną i nie wydaje mi się, żeby można go było rozpatrywać oddzielnie. Natomiast wspomniane w artykule współwystępowanie depresji można rozumieć trojako: 1) że te dwa zaburzenia lubią występować razem, ale niekoniecznie jedno z drugiego wynika, 2) że dysmorfofobia jest przyczyną depresji (trudno się dziwić, że ktoś, kto uważa się za wybryk natury, jest tym przygnębiony), 3) że dysmorfofobia jest skutkiem albo przejawem depresji. U siebie stawiam na to ostatnie, bo – jak już kiedyś wspominałam – depresję prawdopodobnie miałam już w dzieciństwie, a w okresie nastoletnim na pewno.

Nie wiem więc, czy moje doświadczenia łapią się na definicję dysmorfofobii. Pewne jest, że w niektórych okresach życia bardzo cierpiałam z powodu swojego wyglądu. Myślę jednak, że gdyby wychowano mnie w poczuciu własnej wartości, nie przejmowałabym się tym wyglądem aż tak i nie wnioskowała z niego, że jestem potworem bez szans na miłość. Wtedy docinki aż tak by mnie nie raniły, a własne odbicie w lustrze nie przerażało.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii brzydota, dysfunkcje, dysmorfofobia, obawy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.