Charakter schizoidalny

Kiedyś, przed laty, czytałam książkę Style charakteru, a może to w Teoriach osobowości przedstawiano koncepcję pana Johnsona. Pewne jest, że na półce tej książki nie mam, więc mogę jedynie zalinkować artykuł z Wikipedii. Kiedy przeczytałam o charakterze schizoidalnym, uderzyło mnie, że czytam o sobie.

Mowa tam o tym, że jeśli dziecko w niemowlęctwie zostało odtrącone przez matkę (nie musi to być porzucenie w sensie dosłownym – może np. matka nie była zdolna do empatii lub cierpiała na depresję poporodową), wytwarza w sobie mechanizm obronny polegający na ukryciu/negacji własnych potrzeb. Jestem, a jakoby mnie nie było. Muszę spełniać wszystkie zachcianki rodzica, zachowywać się zgodnie z jego oczekiwaniami, bo tylko dzięki temu mogę przetrwać.

Taka postawa towarzyszy nam także w późniejszym życiu, tyle że zamiast zachcianek rodzica próbujemy spełniać zachcianki innych osób, zwłaszcza takich, na których nam zależy. Ba! – nawet nie wiedząc, czego tak naprawdę chcą, zgadujemy i robimy wszystko tak, by im się przypodobać, a jeśli wcale nie są zadowolone, rozpaczamy. Własne pragnienia trudno nam zdefiniować, choć czasem czujemy się rozpaczliwie samotni i nieszczęśliwi. Lubimy uciekać w sferę wyobraźni, tworzyć sobie wizje świata, w którym jesteśmy szczęśliwi i kochani, ale nie wierzymy, że przysługuje nam to w prawdziwym świecie. Niektórzy uciekają w duchowość, w religię czy filozofię; inni w intelekt, naukę. Tam czują się mocni, umieją wszystko nazwać, podczas gdy ich potrzeby emocjonalne są niewyraźne jak cienie na ścianie jaskini.

Ja wiedziałam, że cierpię z powodu samotności i że bardzo chciałabym z kimś być, ale cały czas działałam według wyuczonego w dzieciństwie skryptu: przekonania, że aby zasłużyć sobie na czyjeś uczucie, muszę całkowicie podporządkować swoje życie spełnianiu zachcianek tej osoby. Z drugiej strony, mając już pewną świadomość, buntowałam się przeciwko takiej wizji, tyle że zamiast przeciwko swojemu skryptowi, kierowałam ten bunt przeciwko danej osobie lub całemu światu. Bo przekonanie, że świat jest zły, jest u schizoidów niemal równie fundamentalne jak to, że nie masz prawa istnieć – przynajmniej w tym głębszym sensie, który pozwala ci mieć potrzeby emocjonalne i dążyć do ich realizacji.

Jako że było mi źle, starałam się coś zrozumieć ze swoich problemów i choć w pewnym stopniu je rozwiązać. Udało mi się zyskać pewną samoświadomość, choć wciąż błądzę. Udało mi się też wejść w stały związek, który funkcjonuje może nie idealnie, ale też nie na jakiejś zupełnie chorej zasadzie. Nadal jednak mam problem z identyfikacją własnych pragnień, co owocuje częstym poczuciem zagubienia, ocieraniem się o depresję, wypatrywaniem sygnałów z zewnątrz, które miałyby mi podpowiedzieć, czego chcę.

Mam za sobą dwie nieudane próby psychoterapii jeszcze sprzed mojego obecnego, jedynego w miarę stałego związku. Obecnie zaczęłam trzecią. Miałam nadzieję, że ponieważ moje wątłe poczucie prawa do własnego istnienia już trochę się wzmocniło (czego obecny związek jest po trosze skutkiem, a po trosze przyczyną), zdołam się wreszcie dogrzebać do prawdziwych problemów, mówić o tym, co najbardziej boli i dręczy, choć trudno to nazwać. Jestem po dwóch spotkaniach i niestety doszłam właśnie do wniosku, że powielam te same błędy co poprzednio: rozmawiam z terapeutką z pozycji tego „zewnętrznego”, płytszego, intelektualnego ja, które czuje się w miarę mocne i potrafi się ładnie wypowiadać, zamiast próbować sięgnąć do skłębionych, trudnych do ogarnięcia i nazwania emocji, do pokładów wstydu, bólu, lęku. Nie planowałam tego – to się samo robi. Jestem przyzwyczajona do pokazywania światu takiego właśnie oblicza, bo tak jest łatwiej i bezpieczniej. Ale na terapii powinno być inaczej. Spróbuję posterować w tym kierunku na następnym spotkaniu – trzymajcie kciuki. Inaczej cała terapia mija się z celem.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii dysfunkcje, obawy, problemy z adaptacją, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.