Podczłowiek

Jestem zadowolona z wczorajszego spotkania, bo wyrzuciłam z siebie mroczny sekret (który oczywiście okazał się wcale nie taki mroczny, ale o tym wiedziałam – chodziło o to, by odważyć się wypowiedzieć na głos zakazane słowo i to w rozmowie z terapeutką). Dlaczego czułam aż taką potrzebę tego katharsis; dlaczego czułam, że od tego zależy powodzenie terapii? Może dlatego, że wyrzucając z siebie swój największy wstyd, weszłam w sferę emocji najgłębiej, jak się dało, a przecież tego właśnie chciałam – zanurzenia się w słabo rozpoznanym świecie emocji, potrzeb i pragnień zamiast prześlizgiwać się po powierzchownym świecie intelektu.

Wypowiedziałam więc to straszne słowo „masturbacja”. Opowiedziałam, że przez lata było to moje przekleństwo i źródło wstydu, że czułam się niemal jakbym była jedyną kobietą na świecie, która to robi – co zresztą nie było ścisłe, bo nawet gdyby wszystkie to robiły, i tak czułabym się podle. Po pierwsze dlatego, że żadna nie mówiła o tym głośno. Generalnie kobieca masturbacja uchodziła i w dużej mierze do dziś uchodzi za coś, o czym się nie mówi. Pamiętam, jak w liceum jedna z moich koleżanek powiedziała ze wstrętem: „Faceci robią to w kiblu na przerwie i w ogóle się tego nie wstydzą! Nawet się tym chwalą!”. Byłam już po trzydziestce, gdy jedna koleżanka przyznała mi się w zawoalowany sposób, że ma takie doświadczenia.

Po drugie czułam się podle dlatego, że uważałam się za kogoś, komu nie przysługują ludzkie prawa. Oczywiście nie myślałam o tym w ten sposób, ale w gruncie rzeczy do tego się to sprowadzało. Miałam tak głęboko zakodowane poczucie, że jeśli ktoś na świecie się dowie, iż posiadam jakieś potrzeby seksualne (podobnie było z emocjonalnymi, tylko z tego dość wcześnie wyzwoliłam się na tyle, żeby przynajmniej dążyć do ich realizacji, choć bezskutecznie), to zostanę skompromitowana tak potwornie, że nie dadzą mi żyć. Bo moje prawo do życia jest warunkowe – wolno mi żyć, dopóki niczego dla siebie nie żądam.

Może właśnie dlatego tak mocno czułam, że muszę o tym opowiedzieć: bo ilustruje to lepiej niż cokolwiek innego moje wpojone w najwcześniejszym okresie życia przekonanie, że należę do kasty podludzi. Nie powiedziałam wszystkiego, ale ważne jest to, że zaczęłam. Kiedy to planowałam i spinałam się w sobie, żeby się odważyć, myślałam, że będzie to przełom w terapii. I czuję, że faktycznie był, choć wczoraj byłam nieco zawiedziona tym, że świat jakoś znacząco się nie zmienił. Może się okazać, że to kolejny z tych przełomów, które ostatecznie okazują się tylko małymi kroczkami. Ale lepszy taki krok niż żaden.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii masturbacja, niska samoocena, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.