Nerwy w konserwy

Dzisiaj poopowiadam wam trochę o swojej nerwicy 😉 A konkretnie spróbuję pozbierać do kupy różne objawy mające prawdopodobnie pochodzenie nerwicowe – niektóre psychiczne (fobie), niektóre somatyczne. Napiszę też o tym, jak zaczęłam chodzić do psychiatry, co mi przepisała i na co mi to pomaga, a na co nie.

Do niedawna w ogóle nie miałam pomysłu, żeby iść do psychiatry. Owszem, chodziłam do psychologów – dwa razy zaczynałam terapię, z której rezygnowałam po kilku spotkaniach, bo nie widziałam postępów, a wręcz wydawało mi się, że rozmawiam z terapeutką o czymś innym niż moje problemy. Natomiast we wrześniu tego roku miałam dość duży kryzys. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, nie mogłam pracować, a przynajmniej przychodziło mi to z najwyższym trudem; chodziłam z kąta w kąt, prześladowały mnie negatywne myśli. Nieco wcześniej byłam w euforii, więc mogłam się spodziewać, że taki stan nadejdzie, ale okazał się on tak dokuczliwy, że postanowiłam się skonsultować z psychiatrą. Nie chodziło mi o leki (nawet nie zakładałam, że będę jakieś brać) ani o skierowanie do psychologa (też nie zakładałam, że jeszcze raz spróbuję podejść do terapii), tylko po prostu miałam „parcie na diagnozę” – chciałam się dowiedzieć, co ze mną jest. Choć i po trosze przeczuwałam, że o jednoznaczną diagnozę nie będzie łatwo.

Faktycznie po dość długiej konsultacji i przejrzeniu wyników różnych badań celem wykluczenia np. anemii albo choroby tarczycy, które mogłyby być przyczyną moich problemów, pani psychiatra stwierdziła, że nie może mi przypisać jednego zaburzenia, bo mam elementy różnych: nerwicy lękowej, fobii społecznej, depresji. Na późniejszych spotkaniach doszło podejrzenie choroby afektywnej dwubiegunowej typu II .

Oprócz tego, że namówiła mnie na terapię, za co jestem jej wdzięczna, przepisała mi dwa leki: nexpram, mający łagodzić objawy lękowe, i lamotrix, mający łagodzić objawy depresyjne. Wyraźnie jednak dała mi do zrozumienia, że sama muszę podjąć decyzję, czy chcę je brać, i że niezależnie od wyniku tej decyzji mam do niej przyjść za miesiąc ponownie (zaznaczam od razu, że poza tym pierwszym spotkaniem, kiedy poszłam prywatnie, bo nie chciało mi się czekać, leczę się w ramach NFZ, więc nie chodziło jej o kasę). W pierwszym momencie byłam absolutnie przekonana, że nie będę brać tych leków, ale potem stwierdziłam, że mogę spróbować z tym, który miał łagodzić objawy nerwicowe, bo na tamtym etapie one najbardziej mi w życiu przeszkadzały. Odczekałam jednak do wizyty i grzecznie powiedziałam pani, że na razie leków nie biorę, ale czy mogłabym zacząć brać tylko ten jeden. Ona mówi, że tak. No to zaczęłam. Pani mówiła, że tak naprawdę lek powinien zacząć działać tak po trzech tygodniach, a na początku może być nawet gorzej niż przed. I faktycznie. Wprawdzie po pierwszej tabletce miałam wrażenie, że od razu jest lepiej, ale chyba zadziałał efekt placebo, bo w kolejnych dniach czułam się tak jak zawsze, a w drugim tygodniu rzeczywiście zrobiło się kiepsko. Zacisnęłam jednak zęby i postanowiłam to przetrwać; zresztą nie było to nic, czego bym już w życiu nie doświadczyła.

Mniej więcej od trzeciego tygodnia faktycznie zrobiło się lepiej. Nie było to jakieś takie „lepiej”, żeby totalnie powalało. I było inaczej, niż myślałam, że będzie. Ponieważ nexpram jest inhibitorem wychwytu zwrotnego serotoniny, to chociaż miał głównie zmniejszać objawy lękowe, poprawiał mi nastrój. Objawy lękowe znacznie łagodził, ale tylko jeden ich rodzaj. Łagodził mianowicie to, co psychiatrzy nazywają lękiem wolnopłynącym, czyli kiedy nie wpadasz nagle w jakiś popłoch, tylko tak przez cały czas drążą cię jakieś obawy – a to, że cię wywalą z pracy, bo jest coraz mniej projektów, albo przeciwnie – czy ta praca nie jest ponad twoje siły; a to, co będzie z twoim życiem prywatnym, bo zakochałaś się w kobiecie, albo odżyło w tobie jakieś dawne zakochanie; a to, czy komuś bliskiemu się nic nie stało, bo długo nie dzwoni i nie odbiera komórki. Ten lęk faktycznie znacząco się zmniejszył i zdecydowanie łatwiej jest mi teraz pracować i prowadzić codzienne życie. Natomiast nie zmniejszyły się objawy tego, co pozwolę sobie nazwać fobią społeczną, czyli np. fobia telefoniczna – kiedy mam zadzwonić gdzieś w ważnej sprawie, najczęściej związanej z pracą lub moimi ambicjami, albo do osoby, która jest dla mnie ważna lub stawiam ją w subiektywnej hierarchii wysoko nad sobą, nagle serce zaczyna mi walić jak szalone, pocę się jak mysz i czuję, że nie jestem w stanie wykonać połączenia, albo że lepiej nie próbować, bo zacznę coś bełkotać i tylko się wygłupię. Czasem potrafię się przełamać i wtedy okazuje się, że po nerwowym początku lęk słabnie i gadam normalnie. Największą fobię mam właśnie przed dzwonieniem i czasem jest mi łatwiej gdzieś pojechać i pogadać twarzą w twarz, niż dzwonić. Ale to też bywa tak trudne, że niekiedy w ogóle rezygnuję.

Akurat te objawy zupełnie mi nie przeszły, aczkolwiek łudzę się, że ponieważ ogólnie mam lepsze samopoczucie i czuję się silniejsza, nieco łatwiej mi się przełamać. Pani doktor zaproponowała zwiększenie dawki do półtorej tabletki (obecnie biorę tabletkę, czyli 10 mg dziennie), ale na razie uznaję, że te objawy nie są tak dokuczliwe (zwykle można wysłać maila, jak się chce uniknąć dzwonienia), a pół tabletki więcej pewnie nie poczyniłoby jakiejś znaczącej zmiany, skoro jedna tabletka akurat pod tym względem nie poczyniła zmiany w ogóle.

Ponieważ nie odczuwam żadnych negatywnych skutków brania nexpramu (lekarka mówi, że to jeden z najłagodniejszych leków), w zasadzie nie miałabym żadnych oporów poza finansowymi (nie jest bardzo drogi, ale jednak to stały wydatek) przed braniem go nawet do końca życia, ale oczywiście plan jest inny. Z tego, co mówi psychiatra, takie leki mogą dać jakiś stały efekt po kilku miesiącach, może pół roku brania. Nie wypytałam jej jeszcze dokładnie, co rozumie przez stały efekt, ale myślę sobie, że może po prostu mózg się przyzwyczaja do nowego schematu i już potrafi dalej się na nim opierać – tak jak człowiek, który uczył się pływać w „motylkach”, po zdjęciu tych motylków wykonuje te same ruchy i okazuje się, że nadal to potrafi. (Ja się tak nauczyłam pływać, bo wcześniej po prostu bałam się położyć na wodzie). Tak czy owak, na pewno spróbuję za jakiś czas odstawić lek, a zawsze mogę do niego wrócić, jeśli moje funkcjonowanie pogorszy się na tyle, że uznam to za konieczne.

OBJAWY, JAKIE U MNIE WYSTĘPOWAŁY W RÓŻNYCH OKRESACH ŻYCIA

spróbuję je prowizorycznie podzielić na trzy grupy – fobii społecznej, lęku uogólnionego, somatyczne.

Przy każdym objawie zaznaczam, kiedy zaczął występować, ale nie traktujcie tego zbyt dosłownie, bo niektóre mogły występować wcześniej, tylko tego nie pamiętam.

OBJAWY FOBII SPOŁECZNEJ:

– nieumiejętność wysikania się w publicznej toalecie albo nawet we własnym kiblu, gdy ktoś jest zaraz za ścianą.

Zaczynam od tak głupiego objawu, ale on pojawił się u mnie najwcześniej, w wieku ok. 10-11 lat. Po latach okazało się, że ma to nawet nazwę, tak głupią jak sam objaw – paruroza. Jest przekleństwem, gdy się gdzieś wyjeżdża, chociaż po kilku dniach na ogół przechodzi, przynajmniej częściowo. Często nawet w domu czy u krewnych, gdy ktoś jest w pokoju czy kuchni za ścianą, mam z tym duży problem. Czasem udaje się wysikać, a czasem za cholerę i trzeba wstrzymywać do następnego razu. A już nie daj Boże, jak jest kolejka.

– odruch przełykania, suchość w gardle, napięte wargi i mięśnie szyi – najczęściej występuje, gdy jestem wśród nieznajomych lub niezbyt bliskich znajomych, np. na zebraniu, w pociągu; oczywiście nie zawsze, a nawet już dość dawno tego nie miałam, ale kiedy się zdarzało, było bardzo męczące, bo musisz przełykać, a nie masz śliny, boli cię gardło, szyja, wargi, wszystko masz napięte. Objawy czasem ustępują, gdy coś odwróci twoją uwagę, a czasem utrzymują się jeszcze po powrocie do domu. Zaczęłam tego doświadczać około 20. roku życia

– problemy z jedzeniem w miejscu publicznym albo wśród większej liczby osób, bądź też mniejszej, ale takich, wśród których nie czuję się swobodnie. Żarcie staje mi w gardle, lub – jak kto woli – rośnie w ustach i nie mogę go przełknąć. Najgorzej jest z zupą. Żarcie o stałej konsystencji jeszcze jakoś wchodzi. To także zdarza mi się raz na jakiś czas, podobnie jak poprzedni objaw. Zaczęłam tego doświadczać pomiędzy 20. a 25. rokiem życia.

– problemy z telefonowaniem w sprawach, które uważam za ważne (praca, realizacja swoich ambicji, sprawy uczuciowe). Kołatanie serca, poty, trzęsące się ręce, a kiedy jednak uda mi się zadzwonić, problem z wysławianiem się. Nie mam problemu z tym, żeby np. zadzwonić do rejestracji w przychodni i się zapisać, ale jakbym miała dzwonić bezpośrednio do lekarza, to już stres się włącza. Nie pamiętam, kiedy zaczęłam tego doświadczać, ale chyba podobnie jak w poprzednim wypadku.

Ogółem na te objawy nexpram raczej mi nie pomaga. Wprawdzie 2. i 3. w ciągu tych dwóch miesięcy nie miałam, ale one generalnie w ostatnim czasie występowały rzadko. Natomiast 1. i 4. występują często i wiele się nie zmieniło. Może tylko to, o czym wspomniałam powyżej – że łatwiej mi przełamać fobię telefoniczną, gdy moje ogólne samopoczucie jest lepsze i czuję się silniejsza.

OBJAWY LĘKU UOGÓLNIONEGO:

– przejmowanie się, co będzie, często zakładanie najgorszych scenariuszy – że nie dostanę się na studia, że mnie zwolnią z pracy, że nie poradzę sobie z wyzwaniami, że komuś się coś stało, bo nie odbiera telefonu. Mój mąż twierdzi wprawdzie, że wszystkie baby tak mają, ale w ostatnim czasie przed rozpoczęciem brania leku to zaczynało mi uniemożliwiać pracę, bo tak się przejmowałam jej możliwą utratą, że nie byłam w stanie się skupić na tym, co mam do zrobienia. Albo z kolei przejmowałam się, że nie dam rady tego zrobić.

Nie pamiętam, kiedy to się zaczęło.

Nexpram na to pomaga i to znacząco.

OBJAWY SOMATYCZNE:

– duszności w nocy, niemożność złapania tchu – budzę się i czuję, że nie mogę oddychać, więc zrywam się spanikowana, lecę do okna, otwieram je, biorę głębokie wdechy i dopiero po jakimś czasie czuję, że tlen zaczyna docierać do płuc. Ostatnimi laty już nie latam do okna, tylko zaczynam kaszleć i to też pomaga. Początkowo zdarzało mi się to zwykle w momencie, kiedy już miałam zasnąć, właściwie zasypiałam, i nagle. Za drugim razem zasypiałam już normalnie. Potem bywało jednak i tak, że zdarzało się to wielokrotnie w ciągu nocy. Nie jestem do końca przekonana, czy to jest objaw nerwicy. Ale z sercem raczej jest wszystko w porządku, astmy też nie mam, ponadto to zjawisko na długie, czasem wieloletnie okresy ustępowało, i teraz, odkąd biorę lek, też ustąpiło.

Zaczęło się w liceum.

– bóle żołądka, bezsenność.  Albo w ogóle nie mogę spać, albo budzę się po 3-4 godzinach i już nie śpię. Mam wtedy wyostrzony słuch i wszystko mi przeszkadza – kroki na schodach, winda.

Zaczęło się ok. 25. roku życia, choć wcześniej bóle żołądka i bezsenność też czasem występowały, ale nie były to takie długie okresy.

– ciągłe napięcie mięśni (np. mięśni grzbietu, ramion), nawet zaraz po przebudzeniu, więc pewnie w czasie snu też.

Nie mam pojęcia, kiedy się zaczęło, bo do niedawna nie byłam tego świadoma.

Na objaw 1. i 2. nexpram pomaga, chociaż bóle żołądka i bezsenność sporadycznie się zdarzają po jakichś trudnych albo pełnych emocji dniach. Nie są jednak tak dokuczliwe jak bezpośrednio przed rozpoczęciem brania leku, kiedy żołądek nieźle mnie kopał, a budziłam się prawie co noc i rzadko udawało mi się na nowo zasnąć.

Na objaw 3. nexpram nie pomaga. To daje mi do myślenia, że może powinnam dopisać ten objaw do objawów fobii społecznej. No ale co to za fobia społeczna we własnym łóżku. Chyba że boję się ludzi, których spotykam we śnie 😉

Może to, co napisałam powyżej, na coś się komuś przyda. Oczywiście zaznaczam, że piszę o swoich doświadczeniach i to, że lek na coś mi pomaga lub nie, nie musi oznaczać, że u kogoś innego będzie tak samo. Poza tym opisuję stan obecny, a coś może się jeszcze zmienić. Po pierwsze ten lek działa „progresywnie”. Nie jest to aspiryna, której daje efekty po półgodzinie, a po paru godzinach te efekty znikają. Po drugie, różne są sytuacje życiowe i różnie nasza psychika/nasze emocje/nasz organizm na nie reagują. Może akurat w ciągu tych dwóch miesięcy nie miałam wielkich wyzwań. Po trzecie, chodzę na terapię, co z jednej strony powoduje pewne sytuacje stresowe, a z drugiej pozwala mi lepiej siebie zrozumieć i ułożyć sobie pewne sprawy tam w środku. Może jednak mam wielkie wyzwania.

Będę wracać do tematu, gdy zauważę coś nowego.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii dysfunkcje, lęk, nerwica, obawy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.