Zapaść w duszy

Trudno mi nazwać pewne uczucie, którego czasem doznaję pod wpływem przyczyn często równie trudnych do uchwycenia jak ono samo. Jest to gwałtowne, przykre uczucie występujące wtedy, gdy albo ktoś mnie skrytykuje, albo powie/napisze coś, co odbiorę jako krytykę siebie lub czegoś, co jest częścią mnie, albo gdy usłyszę/przeczytam coś, co nie wydaje się ze mną blisko związane, a jednak coś sprawia, że ta gwałtowna emocja się we mnie rodzi. Ta emocja… nie umiem opisać jej trafniej niż jako nagłe poczucie, że coś w środku mnie się zapada, że spada jakaś lawina, wszystko się wali. Jest to uczucie jakiegoś potwornego smutku, rozpaczy, ale także zagubienia, bo właściwie nie wiadomo, dlaczego się pojawia i co oznacza.

Czasem powiązanie między nim a bodźcem, który je wywołał, jest w miarę czytelne – bezpośrednia lub pośrednia krytyka mojej osoby, jakiegoś mojego działania lub czegoś, z czym się identyfikuję. Ot, ktoś skrytykuje mnie na forum albo naśmiewa się z czegoś, co stworzyłam. Czasem jest trudniej. Na przykład ostatnio tej nienazwanej emocji doznałam dwukrotnie w kwestiach związanych z seksem: raz była to wzmianka o gadżetach erotycznych, drugi raz przeczytanie zajawki filmu Eriki Lust, która niby kręci filmy pornograficzne przeznaczone specjalnie dla kobiet. No więc w tej zajawce było, że jakaś kobieta przykuwa uwagę faceta tym, że jest skuta kajdankami, zaprasza go do siebie i go uwodzi.

Rodzi się pytanie, co w tych dwóch przypadkach wywołało we mnie taki potworny, gwałtowny smutek. Oczywiście szukam odpowiedzi. Szukam jej po omacku, wypróbowując różne teorie. Ta wygodniejsza jest taka, że ponieważ wzmiankowane sprawy – używanie przedmiotów z sex shopu, elementy BDSM czy seks bez miłości nie mieszczą się w mojej wizji seksu, jaki chciałabym uprawiać*, jest mi smutno, bo mam poczucie, że ktoś mnie i moje preferencje (bezwiednie) krytykuje i że to, co ja czuję, czyli pragnienie zwyczajnego seksu „bez bajerów”, za to z mnóstwem czułości, z kimś, na kim mi zależy, jest czymś rzadkim, nietypowym i dla świata wręcz dziwnym. Zanim powiecie, że każdy, w tym ja, ma prawo do swojej wizji, swoich standardów i robienia rzeczy po swojemu, napiszę, że teoretycznie o tym wiem, ale w praktyce trudno mi sobie poradzić, gdy ta moja wizja wydaje mi się taka odosobniona. Tym bardziej że erotyka/pornografia zawsze mnie pociągała i chciałabym wyrzucić z siebie wszystkie lata oglądania/czytania/wyobrażania sobie różnych okropnych rzeczy i zacząć od początku, czyli na przykład obejrzeć sobie film, w którym dwie zakochane w sobie osoby uprawiają seks. Z mnóstwem czułości, ale też z orgazmami i żeby to wszystko ładnie się ze sobą komponowało. Ale jeszcze o takim filmie nie słyszałam, chociaż ostatnio trafiłam na historyjkę erotyczną o dwóch kobietach, która jest już w miarę bliska tego, o co mi chodzi.

Nazwałam powyższą teorię wygodniejszą, bo chociaż na pewnym poziomie jest prawdziwa, omija poczucie wstydu związanego z faktem, że jakkolwiek powyższe rzeczy może i faktycznie mi się nie podobają, miałam z nimi do czynienia w filmach, lekturach, a częściowo także we własnej wyobraźni, a nawet w realu. Konkretnie w realu miałam do czynienia z używaniem przy masturbacji różnych przedmiotów, niekoniecznie wziętych z sex shopu, a także z zadawaniem sobie bólu, co jakoś tam ociera się o praktyki BDSM, choć podobno w tych ostatnich chodzi o dominację, a nie o zadawanie bólu. Tak czy inaczej, otarłam się o różne takie sprawy, więc jeśli uważam, że to jest „be”, to część mojego doświadczenia też jest „be” i tu się pojawia dysonans. Może to właśnie on najbardziej boli. Może najlepszy sposób na poradzenie sobie to spróbować zmniejszyć wstyd do takich rozmiarów, żebym w ogóle potrafiła normalnie o tym myśleć, przyznawać się do tego, i dopiero zacząć to wszystko w sobie układać. Mam nadzieję, że ten wpis jest dobrym początkiem.

A skoro już jesteśmy przy pornografii, to odnotuję, że czuję się przez nią skrzywdzona i skrzywiona. Teraz panuje tendencja do mówienia, że problemem jest tylko twarda pornografia i to, że sięgają po nią dzieci, natomiast w moim wypadku chodzi o głupie filmy puszczane w telewizji w piątkowe lub sobotnie późne wieczory oraz o książki w rodzaju „Wielkiego lasu” Nienackiego, jakie przynosiła mojej mamie koleżanka, a ja je podczytywałam. Najpierw były te książki. Miałam jakieś szesnaście lat. Pamiętam, że opisywane w nich sceny mnie podniecały i mniej więcej wtedy miałam pierwsze doświadczenia z masturbacją. Telewizja satelitarna pojawiła się, gdy miałam około 20 lat, więc zakładam, że nieco później miałam pierwsze doświadczenia ze wspomnianymi filmami. Zarówno w pierwszym, jak i – zwłaszcza – w drugim wypadku nie byłam już dzieckiem, a pornografia nie była jakaś wielka, więc skoro już ustaliliśmy, że masturbacja nie jest niczym złym, to można by zapytać, w czym problem.

No więc problem jest. Po pierwsze dlatego, że przeżywałam wielki dysonans, który można by nazwać estetycznym, i być może to głównie on jest odpowiedzialny za poczucie wstydu, jakie mam w związku z tymi filmami. Były one totalnie denne i brzydkie, fatalnie zagrane, pokazywały brzydkich ludzi i seks też nie za ładny; nie było w nich za grosz subtelności, nie było uczuć. A jednak podniecało mnie patrzenie na seks i nie potrafiłam sobie tego odmówić. Po drugie, te filmy pogłębiły we mnie myślenie o seksie jako o czymś zupełnie innym niż miłość (i na odwrót – trudno mi było myśleć o seksie w kontekście miłości, bo kojarzył mi się z czymś brzydkim). To, że nie podniecają mnie prawdziwe osoby, tylko sceny seksu (oglądane, czytane lub wyobrażane), może być skutkiem oglądania tych filmów, ale może też być przyczyną, więc włączam to tutaj ze znakiem zapytania.

Pisze mi koleżanka, że takich filmów, o jakich marzę – to znaczy subtelnych filmów o miłości i seksie –  nie będzie, bo się nie sprzedadzą. No to może chociaż będą teksty w internecie. Skoro już jeden w miarę znośny znalazłam, jest nadzieja. Żałuję, że nie mogłam zacząć od takiej erotyki. Być może z czasem zaczęłabym mieć ochotę na coś mocniejszego, ale jest różnica między sięganiem po coś z własnej woli a sięganiem po to dlatego, że tylko to jest w ofercie.

Na koniec wypadałoby wrócić do głównego tematu, czyli do tych okropnych emocji, które nie wiadomo, czym są. Chciałabym jakoś je rozgryźć, oswoić. Przychodzą w odpowiedzi na słowa/sugestie płynące z zewnątrz, więc pewnie mają coś wspólnego z poczuciem zagrożenia dla mojego świata, moich wartości, moich pragnień. Może to płacze dziecko we mnie, które rozpaczliwie pragnie być kochane i akceptowane, a odbiera przekaz, że coś z nim nie tak. I w zasadzie nie wiem, co z tym dzieckiem należałoby zrobić (o ile w ogóle będę w stanie coś zrobić): ukręcić mu łeb, spróbować jakoś doprowadzić do tego, żeby dorosło (jak?), odebrać mu władzę (jak?), czy jakoś je zintegrować z moim dorosłym ja, o ile takie istnieje (jak?)**. Mam nadzieję, że w trakcie terapii znajdę na to jakiś sposób, którym oczywiście nie omieszkam się z wami podzielić.

* Już po wrzuceniu tego tekstu pomyślałam, że to trochę nie tak. Pewna część mnie bardzo negatywnie reaguje na myśl o seksie bez miłości, ale są we mnie i takie obszary, które lubią sobie o tym pomyśleć. I one też powinny mieć prawo do istnienia.

** Tu z kolei przyszło mi do głowy, że dziecko to jedno, ale znaczącą rolę może też odgrywać coś, co niektórzy nazywają wewnętrznym krytykiem. Coś, co tylko czeka na jakąś krytykę z zewnątrz, żeby ochoczo do niej dołączyć. Spróbuję o tym pomyśleć i może rozdzielić te dwie siły.

 

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii ból, masturbacja, niska samoocena, pornografia, seksualność, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.