Terapia (I i pół)

No i proszę, jak się człowiekowi zmienia nastrój z dnia na dzień, a nawet z rana na popołudnie. Chociaż tak naprawdę poprzedni tekst napisałam wczoraj, tylko wrzuciłam dzisiaj. Kiedy go pisałam, byłam naprawdę pesymistycznie nastawiona do możliwych postępów terapii (terapii nie tylko w sensie wynoszenia czegoś ze spotkań, ale też tego, co pomiędzy nimi przerabiam w sobie) i do tego, czy kiedykolwiek potrafię w dłuższej perspektywie czuć się szczęśliwa – czuć, że mam dość miłości, że jest to taka miłość, jakiej pragnęłam; zresztą nie – po prostu być szczęśliwa, z miłością czy bez. Bo szczęście to chyba stan ducha – można pozornie mieć wszystko, a szczęśliwą nie być, a można mieć niewiele i być.

Dziś jestem w lepszym nastroju i patrzę na tę kwestię z ostrożnym optymizmem. Myślę zresztą, że wczorajszy zły nastrój mógł być spowodowany zmniejszeniem dawki leku. Na ostatnim spotkaniu lekarka zaproponowała zwiększenie dawki do półtorej tabletki dziennie. Nie byłam przekonana, ale w końcu pomyślałam, że spróbuję, tylko po to, by po kilku dniach pomyśleć, że to nie ma sensu. To pół tabletki moim zdaniem nie poprawi sytuacji w znaczący sposób, a później, kiedy będę chciała zupełnie odstawić lek, będzie to dłuższy i trudniejszy proces. Więc zeszłam z powrotem na jedną tabletkę i być może pierwszego dnia po prostu to odczułam. Oczywiście nie obwiniam leku o swoje wahania nastroju, bo mam je od dawna, co najmniej od okresu dojrzewania, choć z czasem chyba amplituda zaczęła rosnąć. Ale skoro lek działa, bo pewne skutki obserwuję, to całkiem możliwe, iż zmniejszenie dawki miało wpływ. Dziś też wzięłam jedną tabletkę i czuję się dość dobrze, więc chyba to był tylko taki jednodniowy kryzys. Może jednak terapia okaże się skuteczna – choć warto by się zastanowić, co rozumiem pod słowem „skuteczna”. Bo nawet poprzednie niedokończone, „nieskuteczne” terapie coś tam mi dały, choć stanowczo za mało. Więc oczywiście chciałabym, żeby ta dała więcej, znacznie więcej, ale jestem świadoma faktu, że nie stanę się po tym pół roku czy nawet roku mistrzynią wiary w siebie, śmiałości i tupetu 😉

Tak czy inaczej, warto zapisywać te nastroje i wrażenia po kolejnych spotkaniach, żeby potem porównać to, co jest teraz, z tym, co będzie wtedy. Trzeba mieć nadzieję, że mój świat stanie się jaśniejszy i nieco bardziej uporządkowany – w tym dobrym sensie, to znaczy nie nudy i wyparcia swoich problemów, bo wydaje mi się, że poniekąd to właśnie robiłam nieświadomie przez pierwsze trzy lata mojego związku z mężem. W zasadzie to się samo robiło. Ja po prostu czułam się szczęśliwa, zadowolona. Przestałam pisać pamiętnik, a jeśli już pisałam, to z przymusu, że trzeba coś odnotować. W ogóle przestałam pisać. I marzyć. A potem te moje rozważania i rozterki egzystencjalne, całe to bogate i chaotyczne życie, które miałam w głowie, zaatakowało ze zdwojoną mocą.

Więc teraz nie pragnę porządku, w którym część mnie znika, lecz takiego, który pozwala zespolić codzienne, namacalne życie z tymi emocjami, które we mnie pulsują, oswoić tęsknoty, ale i dać im oswoić siebie, dawać upust swojej wrażliwości, ale tak się z nią dogadać, żeby mi nie sprawiała zbyt wielkiego bólu. To chyba część mojego planu na terapię.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii niska samoocena, ogólne. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.