Terapia (I)

Ten blog powoli przemienia się w zapis przebiegu mojej psychoterapii; może zresztą był nim od początku. Czasem jest tak, że piszę tu o rzeczach, o których rozmawiałam z terapeutką, choć częściej tak, że najpierw piszę, a potem z nią o tym rozmawiam. Zamierzam nawet wydrukować i odczytać jej, choćby w obszernych fragmentach, poprzedni wpis, bo sądzę, że dotyka on czegoś ważnego, a nie wiem, czy potrafiłabym powiedzieć to z głowy – i czybym się na to zdobyła. Czytanie z kartki jest łatwiejsze.

Dzisiaj mam pesymistyczne myśli w kwestii powodzenia terapii. Jestem dopiero po czterech spotkaniach, pewnie dużo ich jeszcze przede mną, więc ciekawie będzie skonfrontować te myśli z rzeczywistością za kilka, może kilkanaście miesięcy. Dlatego postanowiłam je przelać na papier, tfu, na ekran.

Ostatnio terapeutka zasugerowała, że być może to moje ciągłe gdybanie, jaką mam orientację seksualną, i snucie jakichś rojeń o byciu z kimś innym, niż jestem, wynika z tego, że brakuje mi czegoś w sobie i szukam tego na zewnątrz. Jeśli tak, to byłaby to kolejna odsłona starego dobrego problemu polegającego na tym, że emocjonalnie ciągle jestem dzieckiem rozpaczliwie pragnącym miłości. Od czterdziestu lat próbuję dojrzeć, podwyższyć swoją samoocenę, dać sobie dość miłości własnej, by nie czuć potrzeby żerowania na cudzych uczuciach. Choć może jestem w tym miejscu dla siebie niesprawiedliwa, bo przecież jestem także gotowa do dawania innym uczuć i robię to – spytajcie mojego męża 😉 Jak tak nad tym pomyśleć, to w każdej miłości jest dawanie i branie. Nawet jest tak, że im bardziej się zakochuję, tym bardziej jestem gotowa przychylić tej osobie nieba, znieść różne niewygody, byleby tylko ona była szczęśliwa. Wcześniej, kiedy zakochiwałam się w osobach, zwłaszcza kobietach, starszych od siebie, wyrzucałam sobie, że szukam kogoś, kto by mi matkował. Teraz kocham się w młodszych – i co, znowu mam sobie wyrzucać, że to niespełniony instynkt macierzyński mną zawładnął? W miłości między dwojgiem partnerów jest pewnie po trochu tych różnych rzeczy; ja też mężowi trochę matkuję, a nie znaczy to od razu, że jestem dla niego tylko zastępczą matką, a nie żoną.

W sumie więc nie wiem, czy faktycznie te moje rozterki i marzenia to wyraz niskiej samooceny, przez którą ciągle będę dążyć do czegoś, czego nie mam, a jeśli to zdobędę, po jakimś czasie zacznę pragnąć czegoś nowego. Bo jeśli tak, to trudno mi uwierzyć, że skoro ten problem po tylu latach świadomego zmagania się z nim wciąż istnieje, będę w stanie sobie z nim poradzić. A jeśli jednak chodzi o coś innego niż niedobór miłości własnej, to wracamy do punktu wyjścia, czyli do tego, dlaczego marzę o byciu z kimś innym i czy byłabym wtedy szczęśliwa.

Przy czym z tym szczęściem to jest dziwne. Bo tego, czego najbardziej pragnę – czułości, bliskości – bardzo wiele dostaję od męża, więc właściwie po co miałabym tego szukać gdzie indziej?

No i mam kolejny temat do omówienia na terapii. A właściwie kolejną wariację na temat wałkowany od dawna.

 

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii miłość, niska samoocena, orientacja seksualna. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.