Sportowa złość

Pogadałam z panią psycholog o tym, o czym opowiadam w tym wpisie. Konkretnie to przeczytałam jej go (pomijając akapity stricte poświęcone pornografii). Dobrze, że wpadłam na taki pomysł, bo nawet czytanie okazało się ciężkie i prawie na pewno nie potrafiłabym tego powiedzieć, nawet mając ściągę. No i chociaż wspomnianych akapitów nie było, to i tak w pozostałych znalazło się dość wzmianek o pornografii, żeby temat został poruszony. Nauczyłam się już jakoś mówić o tym, że lubię oglądać seks, że mnie to pociąga, tylko nie podoba mi się forma, w której przeważnie jest podawane.

Rozmawiałyśmy dziś głównie o tych dziwnych negatywnych emocjach i dziecku w sobie. Zapamiętałam szczególnie dwie rzeczy. Pierwsza: niekoniecznie trzeba rozumieć te emocje, mieć rozgryzioną ich dokładną przyczynę, żeby próbować je oswajać, łagodzić. Ja wprawdzie zawsze próbuję je rozpracować, wydaje mi się, że jak je uchwycę, to będzie łatwiej sobie z nimi poradzić, ale na razie to i tak są tylko hipotezy. No więc te hipotezy nadal będę snuła, nadal będę się starała dociec przyczyn i charakteru tych uczuć, ale okazuje się, że oswajać je można niezależnie od tego.

Druga rzecz nie jest dla mnie nowa: jest nią postulat przytulenia, pokochania tego dziecka, które gdzieś w środku mnie tkwi. Dość już dawno powiedziałam sobie, że skoro nikt mnie nie kocha, muszę sama siebie pokochać, i szczerze próbowałam się pochylić nad tym dzieckiem, ale słabo mi to wychodziło. Może dlatego, że kiedy myślę o sobie z dzieciństwa, kiedy patrzę na stare zdjęcia, to nie lubię tego dzieciaka, bo jest jakiś taki gapowaty, wiecznie nieobecny, zapatrzony gdzieś w pustkę. No, może nie wiecznie. Czasem nawet się uśmiecha. Ale rzadziej niż częściej.

Dzisiejsze spotkanie uświadomiło mi jednak, że dziecko we mnie to nie to samo co ja z dzieciństwa. Że ono nie ma twarzy, nie ma postaci. A to znaczy, że mogę je tak zostawić albo nadać mu taką postać, jaką zechcę. Na przykład kota bengalskiego. O, to jest pomysł. Choć znając mnie, jutro wpadnę na trzy nowe.

Drugą rzeczą z tej drugiej rzeczy, to znaczy dotyczącej przytulenia kota dziecka, jest propozycja pani psycholog, abym znalazła dla siebie jakiś sposób na radzenie sobie z tymi emocjami, który będę miała zawsze pod ręką, żeby móc go wdrożyć, kiedy one się pojawią. Zwykle pojawiają się nagle i jeśli są naprawdę silne, potrafią mnie całą wchłonąć. Nie jestem wtedy w stanie myśleć o jakichś sposobach na ich łagodzenie, a jeśli nawet myślę, to te myśli pozostają w sferze intelektu i nie przekładają się na emocje.

Sposoby, które proponowała terapeutka, wydawały mi się jakimś bełkotem, ale powiedziałam, że postaram się sama coś wymyślić. I faktycznie przyszło mi do głowy, żeby zrobić sobie listę piosenek/utworów, które lubię i które są w jakiś sposób pocieszające, na przykład opowiadają o kimś, kto przeżył/przeżywa coś bardzo złego i próbuje sobie z tym radzić. Ot, choćby „Rock’n’Roll Suicide” Bowiego czy „Made Again” Marillionu. Albo są wyrazem dobroci i oddania wobec drugiej osoby, akceptacji jej w całości. Albo nawet mówią w pierwszej osobie o dojmującym smutku, ale w takiej formie, że wyciszają, a nie jątrzą. Na przykład „Solitude” Black Sabbath. Wtedy mogę poczuć, że (wbrew tytułowi) nie jestem w swoim bólu osamotniona. Na razie moja lista ma około piętnastu utworów. Przypuszczam, że nie wszystkie się sprawdzą, ale być może wystarczy jeden trafiony, żeby te emocje ugłaskać. Lista leży przy komputerze gotowa do użycia w potrzebie. Czy w ogóle pomysł się sprawdzi i w jakim stopniu, tego nie wiem.

Zadanie na najbliższe dwa tygodnie, chociaż oczywiście także na później, to nadanie temu dziecku jakiejś postaci, niekoniecznie ludzkiej, niekoniecznie w ogóle fizycznej. Takiej, żebym ją polubiła, poczuła, że mogę się z nią zaprzyjaźnić. Bengal do mnie przemawia, więc może przy nim pozostanę. Drugie zadanie – sprawdzanie przydatności listy muzycznej i w ogóle tego pomysłu, a także, być może, szukanie kolejnych.

Będę też dalej myśleć o przyczynach tych emocji i o tym, czym właściwie są. Pani psycholog zapytała, co mam ochotę robić, kiedy przychodzą. Mówi, że niektórzy na przykład przytulają się do poduszki. Ja powiedziałam, że mam ochotę walić łbem o ścianę. To chyba dobrze. Bo złość jest lepsza od rozpaczy. Rozpacz jest bardziej bierna, a złość to bunt, niezgoda. Może uda się tak nią pokierować, żeby stała się taką sportową złością – nie autoagresywną, lecz raczej wywołującą dążenie do kształtowania swojego życia na swoją modłę.

PS. Przyszło mi do głowy, że skoro na pierwszy plan w tych emocjach wysuwa się złość, a nie smutek, to na mojej liście zdecydowanie powinny się znaleźć także utwory bardziej gniewne. W związku z tym dopisuję „Blues Jam” Rollinsa i „Rusty Cage” Soundgarden 😉

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii pornografia, smutek. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.