Złość piękności szkodzi? ;)

Zauważyłam taki wzór, że na terapii na co drugim spotkaniu coś się dzieje, a co drugie jest dość nijakie. Po tym nijakim zwykle mam mnóstwo pomysłów na to, co chcę powiedzieć na następnym.

Wczoraj wypadło to nijakie. Z góry wiedziałam, że tak będzie, bo miałam pustkę w głowie. Ale może to zasługa terapeutki, że potrafi zasugerować coś, co sprawia, że następne spotkanie nie jest nijakie. Tym razem na przykład opowiedziałam jej o nowych korespondencjach, które nawiązałam, a ona zasugerowała, żebym się przyjrzała swoim emocjom związanym z tymi korespondencjami i osobami, które się kryją po drugiej stronie.

No i dziś od rana, a właściwie już od wczoraj mam mnóstwo refleksji oraz pytań, które będą musiały poczekać dwa tygodnie na swoją opowieść. Pierwszą myślą przewodnią jest ciągłe zamartwianie się tym, że sprawię komuś przykrość, a tak naprawdę chyba tym, że ten ktoś będzie źle o mnie myślał. Najpewniej zostałam wytresowana do sprawiania ludziom przyjemności i gdzieś w podświadomości ciągle noszę przeświadczenie, że jeśli temu nie podołam, mogę zostać eksterminowana. I tak na przykład trudno mi nie kontynuować korespondencji z kimś, kto mnie nie ciekawi, nasze zainteresowania się rozmijają, ale ta osoba podchodzi do mnie z entuzjazmem sugerującym, że myśli coś całkiem innego. Albo jeśli ktoś ma wysokie mniemanie o moim intelekcie, to trudno mi wyznać, że nie przepadam za filmami Lyncha, bo lubię filmy, w których potrafię ogarnąć fabułę, a tam jakoś nie bardzo.

Drugi leitmotiv to odruch tłumaczenia się w odpowiedzi na zarzuty, nawet jeśli są to zarzuty niebezpośrednie, właściwie bardziej wyimaginowane – ktoś pisze coś ogólnie, a ja to biorę do siebie. Te zarzuty budzą we mnie niejednoznaczne, kłębiące się uczucia, bo jest w tym i smutek/ból, i złość, i poczucie winy. Jeśli poczucie winy jest silniejsze od złości, to wtedy na pierwszy plan wybija się chęć tłumaczenia. Jestem wściekła, ale w pierwszym rzędzie muszę się tłumaczyć. Bardzo trudno mi się odciąć od poglądów tej osoby, czy nawet poglądów, które jej przypisuję, nawet jeśli jest to osoba dwa razy młodsza ode mnie i zasadniczo powinnam wiedzieć, że do zrozumienia pewnych spraw jeszcze nie dojrzała. Znowuż jeśli przeważa złość, to przeważnie przynajmniej w pierwszej fazie jest totalna, niewspółmierna do sytuacji. Ta złość jest trzecim leitmotivem. Wtedy jestem tak wściekła, że mam ochotę tej osobie nabluzgać, a co więcej, jestem tak wściekła, że nie potrafię racjonalnie określić przyczyny swojej wściekłości. Otwierają się we mnie jakieś pokłady furii i nie panuję nad tym.

Zobaczmy, jak sobie ostatnio poradziłam z tymi trzema leitmotivami. Mówiąc „poradziłam”, nie jestem wcale pewna, czy postąpiłam właściwie, tylko chcę opisać swoje działania.

W przypadku pierwszych dwóch po prostu nie odpisałam. Przy czym łatwiej mi to przyszło w przypadku osoby, która odnosiła się do mnie z nieodwzajemnionym entuzjazmem. Było/jest mi trochę przykro, że ją rozczarowałam, ale wydaje mi się, że pisanie z nią byłoby na siłę i bez sensu. W drugim przypadku, czyli wtedy, kiedy miałam ochotę się tłumaczyć, nieodpisanie było trochę trudniejsze, być może dlatego, że wymieniłam z daną osobą już kilka maili. Zarzut właściwie nie był zarzutem, tylko pytaniem, ale z gatunku tych, które zbyt mocno dotykają, by ich nie odebrać jako zarzutu. Oczywiście poczułam chęć tłumaczenia się, ale ją powściągnęłam i postanowiłam w ogóle nie odpisywać. Ułatwił mi to fakt, że w dotychczasowej korespondencji dawałam z siebie więcej niż druga strona, która zwykle pisała krótko, zdawkowo, bez zbędnych serdeczności, więc już wcześniej rozważałam przerwanie tego kontaktu. Gdyby dotychczasowa korespondencja była bardziej owocna, byłoby trudniej, bo prawdopodobnie chciałabym korespondować dalej, a więc musiałabym jakoś się do tej kwestii odnieść lub ją pominąć. Chyba najlepiej byłoby grzecznie powiedzieć, że nie odpowiem na zadane pytanie. A gdybym nie umiała grzecznie, to chociaż niegrzecznie – bo jednak złość wydaje mi się lepsza od tłumaczenia się.

Trzeci leitmotiv, czyli właśnie złość, też wystąpił. I tu było najtrudniej, bo rozzłościła mnie osoba, na pisaniu z którą najbardziej mi zależy. A z drugiej strony wcale nie było tak trudno, bo sądzę, że nie jest osobą, którą by moja złość odstraszyła. Pewnie nawet się ubawi, że przedtem byłam taka nawiedzona, a teraz klnę. Trudność polegała raczej na ogarnięciu tej złości, wydobyciu z niej jakiegoś sensu, który można przekazać w zrozumiałych słowach. Bo tak naprawdę wiem, że tylko część owej złości jest skierowana przeciwko osobie, która ją we mnie wyzwoliła – jak iskra wyzwala ogień – a większa część przeciwko moim rodzicom i temu, że tak mało o sobie wiem i że każdy element tej układanki muszę wyszarpywać gdzieś z mroków podświadomości. Napisałam jej to zresztą na końcu maila, po tym, jak już się wykrzyczałam.

Nie wiem, czy te zachowania były optymalne. W ostatnim przypadku moja reakcja najprawdopodobniej była przesadna, niewspółmierna do zamiarów korespondentki, bo nie sądzę, żeby chciała mi sprawić przykrość. Pytanie jednak, co zrobić, kiedy niezależnie od niewspółmierności tę wściekłość czuję. Dusić ją w sobie? To chyba jeszcze gorszy pomysł. Zbyt często tak robiłam, choćby dlatego, że kiedy ktoś sprawił mi przykrość w rozmowie, trochę trwało, nim to do mnie dotarło, i ta osoba dawno zdążyła sobie pójść. Zdarzało się też tak, że wybuchałam niepohamowaną furią, bo nie potrafiłam jej ogarnąć, ubrać w słowa, powiedzieć, o co właściwie chodzi, tylko właściwie wylewałam żale, jakie miałam do całego świata. To także w tym wypadku się nie stało – potrafiłam jakoś tę złość określić, wyrazić, o co mi chodzi. Na pewno łatwiej było dzięki temu, że to mail i że był czas na zastanowienie. Zastanawiam się, co bym zrobiła, gdyby te słowa zostały wypowiedziane do mnie wprost. Na pewno zrobiłoby mi się przykro, ale czy potrafiłabym to wypowiedzieć? Czy potrafiłabym się bronić, a nawet zaatakować, ale nie na oślep, tylko choć w przybliżeniu zrozumiale? Szczerze mówiąc, wątpię. Na reakcję miałabym chwilę – chwilę zbyt krótką, by ogarnąć to kłębowisko emocji. Może najlepiej byłoby zacząć od powiedzenia, że mi smutno, że mnie to zabolało? To jest jakieś rozpoczęcie dialogu. Jeśli druga osoba miałaby czas i chęć, może byśmy to jakoś obgadały, może zdołałabym to trochę lepiej ogarnąć. A jeśli nie – cóż, przynajmniej wyraziłabym jakąś emocję wydobytą z tego kłębowiska.

Zastanawiam się, jak sprawić, że szybciej będę te emocje ogarniać, szybciej reagować.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii ból, niska samoocena, obawy, smutek, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.