Spalam się

Silne emocje zawsze mnie spalały. Jeśli czegoś lub kogoś bardzo pragnęłam, nie potrafiłam tego zdobyć. Prawie zawsze próbowałam, ale paraliżował mnie strach i nie umiałam zrobić nic rozsądnego; wręcz przeciwnie – zachowywałam się najgłupiej, jak było można. Zżerały mnie kompleksy, poczucie, że jestem zerem w porównaniu z tą osobą, na której mi zależy, lub nie zasługuję na rzecz, której pragnę. Z czasem może trochę się wyleczyłam z tego zera, ale jednak w zderzeniu z kimś, kogo postrzegałam jako silną osobowość, a miałam tendencje do zakochiwania się w takich, nieodparcie dręczyło mnie poczucie, że ja tej osobie nie jestem/nie byłabym do niczego potrzebna. Ja, rozchwiana, z problemami egzystencjalnymi, niepewna siebie; ja, której każda prawda jest krucha, postawiona na grząskim gruncie. OK, pogodziłam się już z tym, że taka jestem, nie ma w tym mojej winy, ale i tak nie wiem, do czego miałabym być potrzebna tej silnej, pewnej siebie, idącej przez życie jak burza osobie.

Ostatnio znowu przeżyłam takie zawirowanie, a jako że jestem w trakcie terapii, postanowiłam je sobie rozłożyć na części pierwsze. Otóż zauroczyła mnie pewna dziewczyna, którą znam na razie jedynie z korespondencji mailowej i zdjęć. Kobieta wulkan, nic jej niestraszne, bierze od życia wszystko, czego zapragnie. Takie przynajmniej mam wrażenie i pewnie tak jest. Silna osobowość działa na mnie jak magnes, przyciąga lub odpycha, w tym wypadku nastąpiło to pierwsze. No więc zauroczenie, fascynacja, niemal-zakochanie. I od razu ten strach, to poczucie zderzenia plasteliny z rozgrzanym żelazem. Ale jednocześnie wola zawalczenia, transmutacji tych negatywnych, destrukcyjnych emocji w pozytywne: determinację, namiętność. Byłam wkurzona, że znowu jestem bliska spalenia się, bo myślałam, że mam już w sobie dość siły i pewności, żeby coś takiego mnie nie spotkało. A jednocześnie z pewną nadzieją obserwowałam fakt, że w ogóle zrodziła się we mnie myśl o takim przekuciu strachu w coś, co zamiast paraliżować, popchnie mnie do działania, doda odwagi.

I co? I dupa. Ledwo to uczucie poczęło kiełkować, a już się okazało, że nic z tego. W dodatku zostałam wyśmiana, że zakochuję się na podstawie maili – wprawdzie nie jakoś wrednie wyśmiana, raczej dobrodusznie, ale jednak. No cóż, ja zakochuję się w osobowości, a fizyczność włącza się później. Oczywiście czasem może być zonk, jak kogoś zobaczę, ale w tym wypadku aż takiego zonka chybaby nie było, bo widziałam ją na zdjęciach i w materiale video.

No więc w pierwszej chwili smutek i takie wstrętne uczucie, że znowu, znowu, znowu. Właściwie nie wiem, które „znowu” bolało bardziej: to, że znowu dostałam kosza, czy to, że znowu czuję się jak ktoś, komu pokazano jego miejsce w szeregu, choć przecież rzekomo moja samoocena jest już wyższa niż dawniej.

Smutek nie był jakiś potwornie dojmujący i nie trwał długo; nie wiadomo jednak, czy to zasługa mojego wzmocnionego „ja”, czy też faktu, że zauroczenie trwało jakiś tydzień, więc trudno, żeby żałoba po nim trwała miesiącami. Postanowiłam w każdym razie poddać wiwisekcji swoje emocje z tym związane i wyszło mi tak fifty-fifty: z jednej strony wciąż z tą moją samooceną nie jest aż tak dobrze, jak bym chciała, skoro rodzą się myśli o pokazaniu mi miejsca w szeregu, z drugiej – jednak nie poczułam się jakimś totalnym zerem, a jedynie pomyślałam, że bardzo się różnimy, mamy inne pomysły na życie, i że ona ze swoim pomysłem nie potrzebuje mnie w takiej roli, jaką ja dla siebie u jej boku wymyśliłam. Oczywiście nie zabrakło porównania żelazo/plastelina, ale oprócz poczucia bycia tą gorszą z dwóch, miałam też refleksję: jeśli dwie osoby są tak niekompatybilne, to szansa na ich związek jest niewielka. Nawet gdyby jej coś odbiło i by chciała, pewnie nie przetrwałoby to długo i skończyło się z hukiem. Przyjaźń, kumplostwo lepiej znoszą takie różnice, więc chyba lepiej przy tym pozostać niż się spalić.

No i właśnie, à propos spalania: przyszło mi do głowy, że może to moje spalanie się przy silnych uczuciach wcale nie wynika tylko z niskiej samooceny, a przynajmniej nie zawsze. Może czasem serce w ten sposób próbuje mi powiedzieć, że to nie jest właściwa osoba, właściwy cel. Powinnam chyba spróbować popracować nad tym, żeby sobie to spalanie, to poczucie przerażenia i paraliżu w obliczu takiego uczucia za każdym razem rozpracowywać, bo prawdopodobnie czasem jest tak, jak napisałam powyżej, a znowuż kiedy indziej przesadzam z tym wywyższaniem obiektu uczuć, a zaniżaniem własnej wartości, i wychodzi mi, że ten ktoś jest półbogiem, a tymczasem on może wcale nie być taki silny i samowystarczalny. W każdej sytuacji może być inaczej i trzeba się temu przyjrzeć.

I na koniec jeszcze światła myśl, wisienka na torcie, która mi się w nocy objawiła: zależnie od tego, jaką przyjmę postawę wobec tej osoby, jej siła może mnie osłabiać lub wzmacniać. Jeśli będę się do niej porównywać, co nieuchronnie dzieje się wtedy, gdy próbuję ją zdobywać i czuję, że nie mam szans, bo nie jest mną zainteresowana w ten sposób, jej siła mnie osłabia. Im ona jest silniejsza, tym ja czuję się słabsza. Ale jeśli zamiast się porównywać, ustawiam się obok niej, stawiając ją w roli sprzymierzeńca, przyjaciółki, kogoś, kogo nie pragnę mieć na wyłączność, wtedy jej siła może być i najprawdopodobniej będzie dla mnie wsparciem.

Wybór jest prosty. Przynajmniej teoretycznie (sigh).

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii miłość, niska samoocena, obawy, smutek. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.