Wychodzę z ciemnicy

Czuję się dziwnie. Z jednej strony jestem trochę zestresowana zmianami, które obserwuję w sobie. Wiem, że różnie się to może skończyć. Mogę poranić siebie i inne osoby. Z drugiej – mam poczucie, że otworzyła się przede mną i wciąż otwiera jakaś przestrzeń, która wcześniej była niedostępna. Ta przestrzeń wiąże się nie tylko ze sferą seksualną, chociaż otworzyło ją chyba w dużej mierze właśnie moje dojście do ładu z tą sferą. Albo może było tak, że najpierw moje ego na tyle urosło, że to wszystko stało się możliwe, a potem już ruszyła lawina.

W każdym razie mam poczucie, że wychodzę. Nie z szafy, ale z jakiejś ciemnicy, jak Kaspar Hauser. Wykopana spod ziemi, otrzepana z piachu, który jeszcze trochę zalepia mi oczy, ale stopniowo się go pozbywam i zaczynam widzieć świat. Jakbym przez wszystkie dotychczasowe lata była pogrążona w letargu. W letargu, z którego próbowałam się ocknąć, ale kiedy otwierałam oczy, widziałam, że nic nie widzę, więc szłam z powrotem spać. Aż mnie odkopali.

No więc jest trochę strasznie, a trochę cudnie. I mam nadzieję, że nie skończę jak rzeczony Kaspar.

Jedną z najfajniejszych rzeczy, a kto wie, czy nie najfajniejszą, jest pozbycie się kompleksu „bycia mało kobiecą”. Nie wiem, czy ten kompleks miał jakieś potwierdzenie w rzeczywistości, ale ponieważ definiowałam swoją wartość w oparciu o to, co reprezentowałam w cudzych oczach, podobanie się facetom było priorytetem (a raczej niedoścignionym ideałem). Wiadomo, jak masz powodzenie, to znaczy, że jesteś kimś. Niestety trudno mieć powodzenie, gdy jest się tak zakompleksioną, że nawet kiedy facet chce się z tobą umówić, myślisz, że robi sobie jaja.

Więc odwieczny dylemat: wyglądać czy się czuć. Cholera, znowu trzymam ręce w kieszeni – wyjąć! I w ogóle jak ja chodzę, za szybko, za długimi krokami! A te ręce znowu złośliwie wchodzą do kieszeni, znów krok się wydłuża. Ciągle w konflikcie ze sobą, z wyimaginowanymi oczekiwaniami innych, konwenansami. A teraz? Teraz mnie laski komplementują, żem ładna. I nagle wszystko się przewartościowuje, te ręce w kieszeni, głowa w chmurach. Mam poczucie dopełnienia, czuję się atrakcyjna i zgodnie z dewizą mojej znajomej pewnie dzięki temu rzeczywiście tę atrakcyjność zwiększam. Bo człowiek, który czuje się dobrze ze sobą, emanuje jakiś rodzaj ciepła i uroku, który inni dostrzegają.

Pytanie tylko, co będzie, gdy dziewczyny przestaną mnie komplementować. Przecież mogę zbrzydnąć, prawda? Młodsza się nie staję. Wypada mieć nadzieję, że do tego czasu owo wewnętrzne poczucie atrakcyjności tak we mnie wrośnie, że nawet starość nie będzie w stanie go wykorzenić.

Czego i wam życzę.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii nadzieja, problemy z adaptacją, seksualność. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.