Wpadanie do studni

Czasem jeszcze nachodzi mnie chandra. To ponoć naturalne. Tyle tylko, że kiedy przychodzi, towarzyszy jej poczucie, że tak już zostanie, że to mój naturalny stan. Te chandry są bowiem rozpaczliwie podobne do tego poczucia smutku i beznadziei, które trwało i trwało, a jeśli udało się je oddalić, to na krótko. Dzisiejsze chandry różnią się tym, że są nieco słabsze, a przede wszystkim szybciej mijają. Nie wiem jeszcze, czy to mijanie to nowy trend, który już uda się zachować na zawsze, czy zasługa tego, że akurat teraz mam w sobie siłę, żeby się podźwignąć.

Zastanawiam się, jak działa ta siła i skąd się bierze. Chyba z poczucia własnej wartości, które mi wzrosło, choć też nie wiem, czy na stałe. Kiedy się to ma, człowiek nie czuje się taki uzależniony od opinii czy towarzystwa innych – bo chandry wiążą się chyba głównie z poczuciem samotności albo z tym, że ktoś mnie skrytykował, zlekceważył czy nie odwzajemnił moich uczuć.

A jeśli nie poczucie wartości, bo ono też może mi czasem siąść, to jak sobie pomagać w takich chwilach? Można starymi sposobami – wyjść na rower, popływać czy choćby obejrzeć film. Myślałam kiedyś, że to ucieczka. Trudno było myśleć inaczej, skoro lepszy nastrój utrzymywał się przez godzinę czy kilka, a potem wszystko wracało do smutnej normy. Ale to nie jest ucieczka. To wygrzebywanie się ze studni. Jeśli pokonasz parę szczebli, zaczynasz już widzieć światełko, ale potem tracisz siły i znowu spadasz, musisz zacząć od nowa. Jeśli jednak studnia jest mniej głęboka, a ty masz więcej sił, wygrzebiesz się z niej na dobre i choć możesz za jakiś czas wpaść znowu do tej samej lub innej studni, na razie jesteś wolna.

Najlepiej działają te sposoby, które pozwalają ci nie tylko wyprzeć smutne myśli, ale zarazem wzmacniają wiarę w siebie. W moim przypadku są to czynności wymagające jakiegoś wysiłku, czy to fizycznego, czy intelektualnego. Jeśli idę na spacer czy przejażdżkę, dobrze jest wziąć aparat fotograficzny – a nuż zrobię jakieś fajne zdjęcie. Jeśli jestem w domu, czasem satysfakcję daje zwykłe poodkurzanie czy zrobienie porządku w szafie (im bardziej tego nienawidzę, tym lepiej). Jeśli na to brak wewnętrznej siły, można chociaż włączyć pranie. Cokolwiek, byle nie siedzieć z założonymi rękami i nie nurzać się w swoim smutku. Albo pouczyć się czegoś, czegokolwiek – jak zrobić video, jak wrzucić je na YouTube, jak obrobić w kompie zdjęcia czy dźwięk. Nie, bynajmniej tego wszystkiego nie umiem. Jeszcze nie. Może nigdy. I całe szczęście, bo kiedy następnym razem będzie mi smutno, mam wybór.

Samodzielne wygrzebki ze studni są najpewniejsze, ale jeśli ma się wokół siebie ludzi, którym się ufa, czasem najprościej jest wyciągnąć dłoń po wsparcie. Niekiedy wystarczy kilka słów otuchy, by wrócić do pionu. A jeśli nawet nie wystarczy tak zupełnie, to na pewno pomoże, wskaże światełko. Dlatego nie bardzo rozumiem, dlaczego koleżanka nie odpisała mi na krótką wiadomość, w której napisałam, że mi smutno i mam ochotę się komuś pożalić. Zawsze odpisuje, a tym razem nie. Może myślała, że chcę wyssać z niej energię, bo ostatnio mi się żaliła, że ciągle trafia na wampiry emocjonalne. Hm. A mnie wystarczyłoby jednozdaniowe pogłaskanie po główce, żebym się uśmiechnęła i poczuła lepiej. To nic nie kosztuje i sama robiłam to dla niej.

Czy się żalę? Trochę tak, ale przede wszystkim jestem zdziwiona. Jeśli wystarczy mi śmiałości, przy następnym spotkaniu spytam ją o to i przedstawię swój punkt widzenia. Szkoda byłoby pozostawić ten żal niewypowiedziany, bo wtedy upada zaufanie i rośnie mur.

Z tym zaufaniem to ciekawa sprawa. Im człowiek czuje się słabszy, tym bardziej nikomu nie ufa. Boi się, że kiedy ktoś go zawiedzie, nie będzie miał siły się z tego podnieść. Gdy nabiera zaufania do samego siebie, zaczyna się też otwierać na innych – chyba dlatego, że czuje, iż ma dość sił, by znieść zawód. I że ten zawód świadczy o słabości tego, kto zawodzi, a nie tego, kogo się zawodzi.

Przypuszczam, że nadejdą jeszcze w moim życiu takie smutki i rozpacze, z którymi nie da się zrobić nic oprócz przeczekania. To ponoć też naturalne. Ważne, żeby to wpadanie do studni było jedynie przerwami w moim życiorysie zamiast stanowić jego większość.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii autoterapia, smutek, zaufanie. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.