Terapia, terapia i…?

Pani od terapii pyta, czy chcę dalej chodzić, czy też może uważam już tę terapię za zakończoną, bo od paru spotkań słyszy ode mnie głównie podsumowania. Hm. Ja tam wcale nie mam wrażenia zakończonej terapii, a może inaczej – mam wrażenie, że zakończyłam/kończę terapię w takiej formie, w jakiej ona mi ją oferuje. Czyli terapię rozumianą jako naukę radzenia sobie z codziennymi życiowymi/emocjonalnymi/mentalnymi problemami. Bo terapie są różne. Zazdroszczę koleżankom, które mi opowiadają, że płakały podczas sesji, bo mam wrażenie, że przeżyły jakieś niesamowite oczyszczenie emocjonalne, które mnie nie było dane. Owszem, zmierzyłam się z paroma trudnymi, wstydliwymi i bolesnymi sprawami, ale nigdy to nie było tak silne, żebym miała się popłakać. Inna rzecz, że od ładnych paru lat płaczę głównie na filmach; życie nie porusza mnie do tego stopnia. Myślę jednak, że w większej, a przynajmniej w dużej mierze jest to sprawa samej terapii. Są bowiem terapie mocno sięgające w głąb ludzkiej duszy, wydobywające najbardziej bolesne, często bardzo dawne doświadczenia, i takie terapie na pewno wzbudzają silniejsze emocje. Do takich należy terapia analityczna, której bezskutecznie próbowałam kilka (będzie z dziesięć) lat temu. Nie wiem, czy nie wypaliła dlatego, że terapeutka nie wzbudziła mojego zaufania, czy że ja nie byłam gotowa, czy z powodu kombinacji obu tych rzeczy. A może dlatego, że sam rodzaj terapii, choć wydaje się obiecywać katharsis, mi nie odpowiadał. Po tej nieudanej próbie sama doszłam do wniosku, że wolę terapię patrzącą w przyszłość, nastawioną na tworzenie mechanizmów pozwalających poradzić sobie z codziennością. Ale tęsknota za katharsis pozostała.

Pewne przesłanki zdają się jednak wskazywać, że to nie rodzaj terapii, lecz ja jestem inna. Pierwsze swoje podejście zaliczyłam bowiem do pani poleconej mi przez koleżankę, która właśnie zaczynała do niej chodzić i na pierwszym spotkaniu ryczała wniebogłosy, zużywając całą paczkę chusteczek. Poszłam więc i też pewne katharsis przeżyłam, ale nieporównanie mniejsze i niewymagające wsparcia chusteczkowego. Po kilku spotkaniach zresztą obie byłyśmy tą panią rozczarowane, przy czym koleżanka bardziej boleśnie, z czego płynie wniosek, że katharsis wiosny nie czyni – przynosi jedynie krótkotrwałą ulgę.

Jak więc ocenić powodzenie mojej obecnej terapii? Cóż, z całą pewnością jest to pierwsza, która nie zakończyła się po kilku spotkaniach i w której zdołałam się przemóc, by mówić o sprawach trudnych. To zaś znaczy, że nawet jeśli nie przeżyłam jakiegoś gigantycznego katharsis, jednak było ono zdecydowanie większe niż w dwóch poprzednich przypadkach (co być może obala tezę o tym, iż przeżycie lub nieprzeżycie katharsis zależy od rodzaju terapii). Ponadto zdołałam wychwycić pewne rzeczy, których dotąd nie dostrzegałam, znaleźć pewne pomocne techniki, spojrzeć na siebie nieco bardziej z boku. Czy to wystarczy, pokaże czas. Być może teraz jest dobrze, bo akurat znajduję się w takim momencie swego życia, a za jakiś czas wszystko się załamie i znów będę szukać pomocy. Albo może nie załamie się jakoś spektakularnie, ale dojdę do wniosku, że potrzebuję jednak terapii głębszej, bardziej grzebiącej w duszy. Na razie spróbuję to wszystko zebrać i żyć jak najlepiej. Umówiłyśmy się na kolejne spotkanie za miesiąc i być może na tym zakończę, a może umówię się jeszcze po dłuższej przerwie, po wakacjach, żeby omówić, jak mi idzie.

Przy okazji – dwa tygodnie temu przeszłam z całego nexpramu na połówkę i na razie nie odczuwam zbytniej różnicy. Przynajmniej w głowie, bo od paru dni coś boli mnie brzuch, ale nie mam pojęcia, czy to ma jakiś związek z nerwicą. Faktem jest, że nawet kiedy brałam całą tabletkę i głowa jakoś wszystko ogarniała, czasem w chwilach większych zawirowań organizm wiedział swoje i reagował właśnie bólem brzucha albo problemami ze snem. Rzadziej jednak niż wtedy, zanim zaczęłam brać lek.

Zobaczymy też (odpukać), co będzie, jak przyjdzie jakaś bardziej stresująca sytuacja. Na razie nie narzekam. A zarazem przestrzegam przed myśleniem, że na prochach wszystko będzie super, bo nadal cierpię na parurozę, fobię telefoniczną (którą jednak znacznie mniej niż przedtem się przejmuję) i parę innych utrudnień życiowych. Myślę jednak, że ważną, być może najważniejszą rzeczą, jaką mi dało połączenie skutków leku i terapii, jest pewna umiejętność olewania objawów nerwicy i niezapętlanie się na problemach, tylko w miarę szybkie przenoszenie uwagi na coś innego.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii autoterapia, terapia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.