Odstawianie leku

Jako że minęło pół roku brania nexpramu i czułam się dobrze, a teoria jest taka, że pół roku trzeba brać, jeśli ma zaistnieć szansa, że efekty się utrzymają, po konsultacji z lekarką postanowiłam na początek przejść na pół tabletki dziennie (całkowite odstawienie od razu nie jest zalecane).

Jak się z tym czuję? Dobre pytanie. Przez pierwsze dwa tygodnie w głowie było wszystko tak jak wtedy, gdy brałam, ale za to wróciły mi bóle żołądka, które miewałam, zanim sięgnęłam po lek, a w trakcie jego brania raczej nie. Chodzi o taki ból i wrażenie napęczniałego żołądka, który na ogół trwa jakiś tydzień i wydaje się niezależny od tego, co jem i jaki tryb życia prowadzę, więc z dużym prawdopodobieństwem jest na tle nerwowym.

Oczywiście jak na neurotyka przystało, w końcu zaczęłam mieć negatywne myśli z tym związane. Że cholera, nie wiadomo, czy będę mogła dobrze funkcjonować bez leku, takie tam. Co gorsza, zaczęły się przypałętywać również stare dobre neurotyczne myśli w rodzaju „co to będzie z tym czy z tamtym”. Na razie w miarę szybko mijają i staram się je olewać, bo to najlepszy sposób. W ogóle sposoby wypracowane w czasie brania leku i terapii na razie zdają egzamin. W sumie nie wiem, czy bardziej przyczyniła się do ich wypracowania terapia, czy to, że biorąc lek, po prostu myślałam inaczej i mój umysł to zapamiętał. Teraz wiem, że tak można – że można nie truć się w nieskończoność jakimiś myślami, tylko po prostu je zaakceptować i przejść do innych spraw. Martwię się czymś, to OK, mam do tego prawo, ale będzie mi łatwiej, jeśli zamiast siedzieć i się zamartwiać, porobię coś fajnego, twórczego, a jeśli nie mam siły na coś twórczego, to choćby tylko fajnego.

Tak więc na razie jest spoko, choć z całkowitym odstawieniem tabletek się nie spieszę. Mam jeszcze trzy pudełka, więc jest bezpiecznie, nawet jeśli moja lekarka wkrótce idzie rodzić i wróci do pracy nie wcześniej niż za pół roku (w razie czego będzie ktoś na zastępstwie, więc powodu do paniki nadal nie ma). Najpierw sobie pożyję tak jak teraz, sprawdzę, jak mi idzie.

Sam fakt, że zdecydowałam się na ich branie, w moim odczuciu poskutkował wyłącznie pozytywami. Po pierwsze, przekonałam się, że lek (ten konkretny lek) nie zmienia jakoś zasadniczo świadomości, nie robi ze mnie kogoś innego (no, może trochę, ale to tylko wychodzi mi na dobre), nie odbiera sił twórczych – przeciwnie, lepiej mi się tworzy, bo się tyle nie zamartwiam, jestem bardziej pozytywnie nastawiona, bardziej wierzę w swoje możliwości i dzięki temu mogę coś fajnego zrobić, czegoś się nauczyć; natomiast pokazuje, że można żyć bez tych różnych myśli, którymi przedtem (przynajmniej ostatnimi czasy, choć i we wcześniejszym życiu dość często) się zadręczałam. Bynajmniej nie jest tak, że one znikają; po prostu nie są tak natrętne i łatwiej je zignorować. Mam nadzieję, że nawet gdy już całkiem odstawię tabletki, pozostanie mi pamięć tego i potrafię wdrożyć procedury zmierzające do osiągnięcia tego stanu, albo przynajmniej podobnego, bez udziału chemii.

Poza tym wiem, że zawsze mogę wrócić, jeśli będzie gorzej. Że ten lek nic złego mi nie robi, ba! mogę nawet pić alkohol i nie upijam się ani mniej, ani bardziej, niż gdybym nie brała leku. Jest po prostu spoko. Trzeba tylko pamiętać o codziennym wzięciu tabletki, a jak nawet jednego dnia się zapomni (czego nie zalecam), świat się nie zawali.

Tak czytam to, co napisałam, i wygląda to nad wyraz idealistycznie, więc jedno zastrzeżenie – nie ma gwarancji, że ten lek każdemu pomoże. Różne są zaburzenia, różny stopień nasilenia nerwic czy depresji. Poza tym ja jednocześnie z jego braniem chodziłam na terapię i sama dużo pracowałam nad swoją psychiką, swoim myśleniem. Nie chcę się bawić w ciocię dobra rada, bo to lekarz jest od decydowania, co kto ma brać; ja jedynie piszę, że nexpram mi pomógł, a nie zaszkodził. Fakt, że mniej więcej po dwóch tygodniach brania było jeszcze gorzej niż przed – ulotka informuje, że na to, by lek zaczął działać, potrzeba czasem kilku tygodni – więc najlepiej mieć przy sobie kogoś bliskiego, kto wie, przez co przechodzimy, i służy nam wsparciem oraz opieką; choć z drugiej strony nawet mając kogoś bliskiego, tak naprawdę przechodzimy przez to sami.

Za jakiś czas napiszę, co się dzieje na tym froncie, a na razie idę spać, bo już oczy mi się kleeeeeeeeją…

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii jazdy, obawy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.