Rodzenie się na nowo

Planowałam, że wczorajsza wizyta u pani psycholog będzie ostatnią, przynajmniej przed wakacjami. Może jeszcze po wakacjach bym się umówiła i pogadała z nią o tym, co się dzieje. Ale wyszło tak, że z powodu koszmarnej ulewy wizytę odwołałam i nawet zapomniałam zapytać rejestratorkę, kiedy terapeutka ma urlop, żeby ewentualnie umówić się na później. Teraz sama wyjeżdżam, więc przypuszczam, że albo umówię się jakoś pod koniec września, albo już wcale.

Jak wspomniałam ostatnio, terapeutka stwierdziła, że od paru spotkań słyszy ode mnie podsumowania, a i ja miałam jej coraz mniej do powiedzenia. Moje uczucia co do powodzenia tej terapii są jednak mieszane. Z jednej strony wiem, że osiągnęłam postęp, może nie tak bardzo dlatego, że nauczyłam się rozwiązywać swoje problemy i ogarniać emocje (o tym poniżej), ale chyba przede wszystkim ze względu na przełamanie pewnych tabu, mówienie o sprawach wstydliwych, przez co stały się one mniej wstydliwe i ugłaskane. To jest wielki sukces, bo miałam takie rzeczy, które mnie blokowały, tematy, których unikałam, na które się nie wypowiadałam, żeby przypadkiem nie powiedzieć za wiele o sobie, co tak naprawdę czyniło mnie więźniem swoich obaw, kompleksów i wstydu. Tego się w dużej mierze pozbyłam, a przynajmniej oswoiłam to na tyle, że jestem w stanie o tym mówić, i to uważam za największy sukces terapii (i swój własny).

Jeśli natomiast chodzi o radzenie sobie z emocjami, mam wrażenie podobne do tego, które miałam już parę razy w życiu – że bardzo trudno, właściwie niemożliwe, jest oddzielić rzeczywistą umiejętność radzenia sobie od wypierania. Sądzę, że w pewnym stopniu na pewno radzę sobie lepiej, ale kiedy nadciągają bardzo silne emocje, miewam kryzysy, w których sobie myślę „o dupę to wszystko roztrzasać, przecież ja na tej terapii tylko się nauczyłam kamuflować te emocje, robić dobrą minę do złej gry”. Prawda leży gdzieś pomiędzy i w tym moja nadzieja – że jednak część tej wciąż trwającej nauki jest autentyczna.

Nie zmienia to faktu, że zabrakło mi w tej terapii takiego „pierdolnięcia”, jakiegoś katharsis, poczucia, że oto staję się zupełnie nowym człowiekiem. A po trosze na to liczyłam, bo uważałam, że terapia (przynajmniej moja) tak powinna wyglądać. A z drugiej strony wiedziałam, że moja terapeutka tak nie pracuje, i zaakceptowałam to. Kiedyś próbowałam chodzić do pani od terapii analitycznej, która twierdziła, że człowiek może się cofnąć – pamięcią? emocjami? – do łona matki, ale to z kolei było dla mnie wciskanie jakichś kitów, zresztą z tą panią w ogóle było mi nie po drodze. Zastanawiam się więc, czy to, czego pragnę, w ogóle istnieje, a jeśli tak, czy dokonuje się przez takie „bum” z fajerwerkami, czy tak jakoś krok po kroku. Wiem, że „krok po kroku” nie kojarzy się z katharsis i totalną duchową przemianą, więc pewnie będę dalej szukać tego swojego „bum”. Tak sobie teraz pomyślałam, że może do tego potrzebne są jakieś czyny, wykorzystywanie w życiu tego, że się wyzwoliłam z różnych tam swoich obaw i wstydów. Może te chwile radości, że się coś zrobiło lub powiedziało, są/będą właśnie takim katharsis. To się powoli zaczyna dziać.

Ale biorę też pod uwagę taką możliwość, że jeszcze kiedyś zechcę skorzystać z terapii, tym razem nie tyle nastawionej na konkretną zmianę zachowań, lecz na głębsze grzebanie w duszy.  Tylko musiałabym trafić na odpowiednią osobę, która nie będzie mi wciskać kitów o tym, że mogę sobie przypomnieć, co przeżywałam w niemowlęctwie albo w łonie matki. No zobaczymy. Może teraz już będę się sama zmieniać, rodzić na nowo.

A ta skończona terapia – cieszę się, bo myślę, że wyciągnęłam z niej tyle, ile mogłam, i to nie było mało.

A nawiązując do poprzedniego wpisu – wciąż pół tabletki, były trudniejsze, bardziej nerwowe momenty, teraz jest ok, ale na razie nie zamierzam całkiem odstawiać.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii autoterapia, nadzieja, obawy, terapia, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.