Wolność do bycia beznadziejnym przypadkiem

Beznadziejnym przypadkiem nie jest się z urzędu. To znaczy gdzieś tam, w głębi siebie, się nim jest, ale nie wolno się z tym zdradzić, bo kaplica. Jeśli ktoś się dowie, że jesteś beznadziejnym przypadkiem, totalnym zerem, za jakie się uważasz i nic na świecie nie jest w stanie tego zmienić, to spotka cię coś strasznego, gorszego niż śmierć. Coś tak strasznego, że nie wiadomo co.

Od tego strachu uwolniła mnie – przynajmniej w sporej mierze – terapia i chyba to jest jej główna zasługa. Bo tak poza tym to nadal jestem beznadziejnym przypadkiem. Na przykład kiedy czytam książkę i bohaterka opowiada tam, jak to sypiała z facetami, bo potrzebowała dotyku drugiej osoby, a nie potrzebowała miłości, myślę sobie: „No, ona jest taka jak większość, a ja jestem nienormalna”, i jest mi przykro. To nic, że autorka mogła mieć powody, by tak właśnie skonstruować bohaterkę, która być może wcale nie oddaje jej sposobu myślenia. A jeśli nawet oddaje, to co z tego? Tak mówi rozum, ale rozum jest na straconej pozycji, bo ja wiem, że jestem nienormalna, że jestem potwornie słaba, bo nie miałabym odwagi pozwolić się dotknąć komuś, z kim nie łączy mnie uczucie.

Terapia nie pomogła mi się z tego podnieść. Być może nic nigdy nie pomoże. Może zaczęłam za późno, a może z góry byłam na straconej pozycji, bo to poczucie własnej niższości jest we mnie tak pierwotne. Ale terapia, między innymi ona, dała mi siłę, by do tego poczucia się przyznawać, nie myśląc, że jeśli to zrobię, stanie się coś strasznego. I to jest cudowna wolność. Być może ważniejsza od wszystkiego innego. Wolność bycia sobą, wolność beznadziejności, słabości. Wolność, by spojrzeć światu w oczy i powiedzieć: taka jestem.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii ból, niska samoocena, ogólne, smutek, terapia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.