Co mi zrobiła

Przez kilka ostatnich nocy kiepsko spałam, czemu mógł być winien upał albo czytana właśnie książka, ale ponieważ bezsenność często sprawia, że z ciemności wyłaniają się złe myśli, więc się wyłoniły.

Zaczęłam myśleć o tych pierwszych latach mojego życia, których nie pamiętam. Latach, z których większość spędzona była wyłącznie z matką, która wtedy nie pracowała i zajmowała się mną. Tylko my dwie przez cały ten czas, a ja nie pamiętam z niego ani migawki, bo byłam za mała, by pamiętać, a jednocześnie wiem, że gdzieś tam kryje się klucz do tego, jaka jestem i z czym przez całe życie się zmagam. Co mi zrobiła? Dopóki tego nie wiem, dopóty nie mogę przestać obwiniać się o to, że zmarnowałam kawał życia, w pewnym sensie marnuję je nadal. Że od ludzi, od takiej prawdziwej fizycznej bliskości z kimkolwiek oddziela mnie niewidzialna kurtyna; że dotyk drugiego człowieka nie daje mi tej przyjemności, której bym pragnęła. Czasem się łudzę, że gdybym spotkała tę jedyną, byłoby inaczej, ale mogę się mylić, bo ta kurtyna jest we mnie.

Wielokrotnie się zastanawiałam, jak opisać ten stan, w którym przeżyłam większość swojego życia. Stan, w którym kurtyna była znacznie grubsza i bardziej dławiąca; w którym „wiedziałam”, że jeśli ktoś się dowie, iż pragnę uczuć, nie mówiąc już o tym, że mam potrzeby seksualne, to będzie koniec. No dobrze, ale co konkretnie się stanie, pyta mnie pani psycholog. Nie mam na to odpowiedzi, ale to jest coś straszniejszego niż śmierć. W nocy przyszło mi do głowy porównanie, kilka porównań, ale we wszystkich chodzi o to samo. Jestem kosmitą podszywającym się pod człowieka, jak w „Impostorze”. Wyglądam tak samo, mówię jak on, ale jest jakiś sposób, żeby to sprawdzić – czegoś nie potrafię, brakuje mi czegoś na ciele albo mam coś, czego ludzie nie mają. Całe moje istnienie wśród nich jest naznaczone strachem, że to odkryją. Albo jestem żydem ukrywającym się wśród aryjczyków, wyglądającym jak oni, ale wiem, że wystarczy sprawdzić, czy jestem obrzezany, a wszystko się wyda. Więc drżę każdego dnia, w każdej sekundzie, by tego nie odkryli.

No dobrze, ja może w każdej sekundzie nie drżałam, bo nikt nie mógł mi zajrzeć do głowy i zobaczyć, co tam jest. Ale też nikt by mnie nie zmusił, żeby to wyjawić, bo to byłby koniec. Nie, pani psycholog, nie wiem, jaki koniec. Jakieś wielkie, trwające po wsze czasy piekło upokorzenia, z którego mogłabym uciec tylko w śmierć. A ja chciałam żyć, chciałam marzyć. Wierzyłam, że kiedyś ktoś gdzieś w górze zrobi „pstryk” i obudzę się w innym świecie, gdzie będzie mi wolno być kochaną.

I w sumie takie pstryk nastąpiło, choć jak na pstryknięcie było wyjątkowo rozłożone w czasie. I raczej było to moje pstryknięcie niż kogoś w górze, choć nie przypisuję sobie całej zasługi, bo pewnie mogło być tak, że nie byłoby mnie stać na takie podźwignięcie się z tej otchłani. Musiałam mieć pewne cechy, które mi na to pozwalały. Stawiłam czoło światu, przyznałam się do potrzeb, do pragnień. Nawet częściowo mi się spełniły. Jest milion razy lepiej, niż było. Ale kurtyna, choć cieńsza, wciąż mnie odgradza. A ja wciąż zadaję sobie pytanie, co zrobiła mi matka w tych pierwszych latach, może pierwszych miesiącach życia. Bo to, że się mnie wstydziła, jakoś mi nie wystarcza do uwierzenia, że zwykły wstyd matki za dziecko, które jej zdaniem jest dziwne, mógł doprowadzić mnie do stanu takiego psychicznego zdeptania.

Pani psycholog pewnie zapyta, po co właściwie muszę to wiedzieć. Chyba po to, żeby móc przerzucić na kogoś winę za to, że zmarnowałam taki kawał życia, że w jakimś stopniu marnuję je nadal. Co rusz słyszę historie o jakichś ludziach, którzy mieli straszne dzieciństwo, a wyszli na prostą, kochają, są kochani, mają rodziny, są szczęśliwi. A ja? W miarę normalne dzieciństwo, normalna rodzina, jakieś tam błędy wychowawcze, wiadomo, rodzic nie jest alfą i omegą, wychowuje dziecko tak, jak umie. Więc nie mogę przestać obwiniać się za to, że jestem słaba, skoro te drobne błędy wychowawcze tak mnie skrzywiły.

Problem w tym, że wiem, iż prawdy nigdy nie poznam. Moja mama uważa, że robiła, co umiała, i nie odnoszę wrażenia, żeby coś ukrywała. W hipnozę średnio wierzę. Przypomina mi sny albo doznania po paleniu marihuany: raz po raz ma się jakieś faktyczne olśnienie, ale większość „olśnień” w tym stanie okazuje się na jawie zwykłymi bzdurami. Chociaż kto wie, może powinnam raz spróbować?

Kiedy już pisałam ten tekst, przyszła mi do głowy pewna myśl: może ta kurtyna, która rzekomo oddziela mnie od innych ludzi, wcale nie wynika z jakiegoś feleru we mnie, tylko z tego, że trudno jest trafić na kogoś, z kim można odczuwać taką egzystencjalno-emocjonalną bliskość? Może z mężem i z innymi osobami, które przedtem były mi w jakiś sposób bliskie, tego pokrewieństwa w odczuwaniu nie ma i stąd kurtyna? Może po prostu trzeba znaleźć tego kogoś?

Jeśli tak, to całe obwinianie się nie ma sensu – w szczególności teraz, gdy nauczyłam się pokazywać siebie prawdziwą, gdy każdy, kto mógłby poczuć pokrewieństwo ze mną, będzie mógł mnie rozpoznać.

Kusząca koncepcja, muszę ją przetrawić. Jakoś tak lżej mi się zrobiło, gdy zapukała mi do głowy. Wciąż samotna, ale może pojęcie winy jest tu całkowicie nieadekwatne?

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii ból, dotyk, dysfunkcje, frustracja, miłość, nadzieja, problemy z adaptacją, rodzina dysfunkcyjna, smutek. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.