Zazdrość

Dzisiaj zazdrość mnie siekła. Taka kompletnie irracjonalna zazdrość o kogoś, kogo prawie nie znam. Ale chciałabym znać. Zazdrość o to, że inni mają tej osoby więcej niż ja. Że należy do wszystkich. I tak sobie analizuję to uczucie. Myślę o ludziach, którzy nie panują nad nim jeszcze bardziej niż ja; którzy wyobrażają sobie, że jakaś gwiazda filmowa ich kocha, piszą do niej listy, nachodzą, czasem nawet zabijają. Ja to jakoś ogarniam rozumem, ale czuję ból, bo… zakochałam się? Być może, choć głównie w swoim wyobrażeniu; zwykle zresztą, być może zawsze, zakochujemy sie w wyobrażeniu, a im bardziej tej osoby nie znamy, tym bardziej nadrabiamy braki wyobraźnią.

Dość żałosna jest ta zaborczość, chęć, żeby jakakolwiek osoba należała do mnie, bo przecież ona należy wyłącznie do siebie. I jakoś nie przychodzi mi do głowy inna interpretacja niż ta, że stoi za tym stary, dobry kompleks niższości – poczucie, że obiekt uwielbienia nie może mnie lubić (to znaczy tak megalubić, bo samo lubienie zdecydowanie mi nie wystarcza), skoro ma wokół do lubienia tyle innych osób, które zapewne uważa za fajniejsze, choć w moim mniemaniu nie są fajniejsze, bo ja jestem the best, tylko nikt o tym nie wie. Takie tam pierdoły, z których myślałam, że się już wyleczyłam. Widać czasem jeszcze musi zaboleć, ale teraz, jak to napisałam, już mi trochę lepiej, a obiekt uwielbienia znalazł się jakby za zasłoną mgły, mniej prawdziwy, mniej uwielbiany, mniej istniejący. Ciekawam, czy można się z takich emocji całkowicie wyleczyć.

PS. (po dwóch dniach):

Doszłam do wniosku, że to całe tłumaczenie sobie emocji, przekładanie ich na język rozumu, jest czymś w rodzaju nakładki na nie. Nie zmienia samych emocji (a przynajmniej nie w takim stopniu, jak by się chciało, albo nie tak szybko), ale tworzy coś w rodzaju filtra, który zmienia sposób, w jaki te emocje się wyrażają, tak że nawet jeśli w środku one wciąż są surowe i dzikie, wychodzą na zewnątrz stonowane. Może się to wydawać gówno warte, bo co nam po tej pozornej ogładzie, skoro w duszy męczarnie i zamęt, ale jednak – jednak ten rozum, te filtry, też są częścią nas; w końcu nie składamy się tylko z emocji. Sądzę więc, że ostatecznie owo rozumowe tłumaczenie także w jakiś sposób do emocji dociera, porządkuje je i uspokaja, tyle że siłą rzeczy to długo trwa, bo emocje wywołują określone procesy chemiczne, których nie sposób powstrzymać czy zawrócić. Rozum nie działa jak woda czy piana z gaśnicy, żeby po prostu ten ogień zalać i gotowe; on musi w niego wniknąć jak nanomaszynki i powolutku gasić. Tymczasem byle iskierka może znów ten ogień rozniecić. Dobrze byłoby wynaleźć sposób na to, żeby w ogóle nie dopuszczać do takiego niekontrolowanego rozprzestrzeniania się ognia, bo gasić ten już zaistniały zawsze jest trudniej. Na razie nie mam pomysłu na taki sposób. Te zabezpieczenia musiałyby chyba działać cały czas, bo nie da się ich uruchomić bezpośrednio przed otrzymaniem bodźca wzbudzającego emocje, gdyż często po prostu nie wiemy, że ten bodziec w danym momencie otrzymamy. Chociaż czasami można coś zrobić, np. przed otwarciem jakiegoś maila, powtórzyć sobie uprzednio przygotowaną mantrę. Muszę nad czymś takim pomyśleć.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii ból, frustracja, jazdy, niska samoocena, smutek, zazdrość. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.