Pustka

To, co czuję teraz, co czułam tyle razy w życiu od najmłodszych lat; to poczucie pustki, jakby już nigdy nic nie miało się zdarzyć, jakbym była w głębokiej studni, z której nie mogę dosięgnąć żadnego człowieka – a może po prostu poczucie koszmarnej nudy, która nie wiadomo dlaczego jest taka koszmarna, skoro jest tylko nudą… To przecież nie mogła być depresja, prawda? No bo depresja jest wtedy, kiedy nie możesz wstać z łóżka, kiedy chcesz się zabić, kiedy nie otwierasz przyjaciołom drzwi.

To była depresja. Najwyraźniej ta choroba ma różne oblicza: potrafi przygnieść swoim ciężarem, sprawić, że człowiek staje się całkowicie bezbronny, ale potrafi też, tak jak u mnie, przebiegać łagodnie, lecz nad wyraz upierdliwie, skoro objawów opisanych w pierwszym akapicie doświadczałam już w podstawówce. Trochę żałuję, że dowiedziałam się o tym tak późno, bo przez większość życia miałam wyrzuty sumienia z powodu lenistwa i braku wytrwałości, a teraz przynajmniej w swojej głowie mogę zwalić winę na chorobę. Żeby nie było – cieszę się, że jej objawy są u mnie dość łagodne, ale ponieważ są chroniczne (a raczej chronicznie powtarzalne), bardzo mi przeszkadzają. Gdyby nie one, zrobiłabym/dokończyła wiele zarzuconych rzeczy i byłabym dziś zupełnie gdzie indziej.

No i teraz do meritum. Przez tych 9 miesięcy, kiedy brałam nexpram, a zwłaszcza przez 6 miesięcy, kiedy brałam całą tabletkę (bo połówka to, jak już pisałam, raczej placebo niż prawdziwy lek), praktycznie nie miałam kontaktu z tą pustką. Czasem jakiś chwilowy smutek, przeważnie będący przesadną reakcją na jakieś konkretne zdarzenie, ale żeby pustka, z którą co dzień trzeba walczyć, oszukiwać ją, odganiać? Teraz znów mnie takie coś naszło, znów parę dni pod rząd próbuję tę dziurę czymś zapełnić, zasypać. I po raz kolejny rodzi się pytanie, czy nie wrócić do brania leku. Z jednej strony można powiedzieć „przecież sobie radzę”, no bo sobie radzę, pracuję, żyję, umiem się śmiać, więc niby po co miałabym brać jakiś lek, który niby nie ma widocznych skutków ubocznych, ale cholera wie, co tam na dłuższą metę zrobi z organizmem. Z drugiej – wyobraźcie sobie, że przez cały czas poruszacie się w jakiejś mazi, która was spowalnia i przez którą na każdą czynność musicie tracić znacznie więcej siły niż w normalnym powietrzu. Tak mniej więcej to wygląda. Chyba jednak potrzebuję mocniejszego bodźca, żeby wrócić do leku. Jakiegoś kryzysu na miarę tego, który sprawił, że zaczęłam go brać. Na razie brnę przez tę maź i czasem udaje mi się dokądś dobrnąć. Tylko czy niepotrzebnie nie tracę czasu, gdy mogłabym swobodnie płynąć?

Argumentów za i przeciw, jak widać, jest niemało. Na razie przeważa argument, że skoro nie biorę, a nic strasznego się nie dzieje, to nie ma sensu znów zaczynać brać. Co powiedziawszy, wracam do przedzierania się przez maź.

Reklamy

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii depresja, frustracja, obawy, smutek. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.