Smuteczek

Nie jest to fajne, kiedy człowiek przeszedł terapię – która wprawdzie, jego zdaniem, nie załatwiła wszystkich spraw, ale jednak sporo zrobiła, zredukowała nerwicę, pozwoliła się przyznać do różnych rzeczy, do których wcześniej się nie przyznawał – a jednak wciąż czuje smutek. Dojmujące, niemal codzienne poczucie smutku i samotności pomimo bycia w związku z naprawdę troszczącą się o niego osobą. Rodzą się myśli, że może jednak ten niedobór serotoniny jest stały, endogenny, może jedyne, co da się z nim zrobić, to branie prochów. Ale z drugiej strony pomyślałam sobie dzisiaj, że właśnie takie przyznanie się do tych wszystkich swoich słabości może się przyczyniać do tego smutku. Zniknął bowiem mechanizm obronny polegający na projektowaniu swoich problemów na zewnątrz, narzekaniu, że świat jest zły, że wartości zanikają, ludzie nas ranią, i tym podobnych historiach wygłaszanych często przez osoby, które ja postrzegam jako pogrążone w depresji, choć one niekoniecznie tak uważają. Kiedy nie masz kogo oskarżyć, a wciąż jest ci smutno, nie możesz tego smutku przetworzyć na złość czy frustrację wobec otoczenia albo szeroko pojętego świata. Jest tylko ten smutek i poczucie winy, że nie możesz nic nań poradzić. To poczucie winy chyba oznacza, że nie wyzwoliłaś się tak do końca ze swojej nerwicy. Albo że faktycznie masz endogenną depresję. Tak czy owak, zrobiło mi się trochę weselej na myśl, że znalazłam usprawiedliwienie dla swego smutku – nie oszukuję już siebie, hurra! Może to jest konieczny etap, po którym będzie lepiej. Albo etap konieczny do tego, by dojść do wniosku, że tabletki są potrzebne. Whatever. Jakoś żyję, pracuję, choć w bólach, i to się liczy.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii autoterapia, ból, depresja, nadzieja, nerwica, niska samoocena, smutek. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.