Atak wkurwu

Minął ponad miesiąc od ostatniego wpisu, więc wypadałoby dać znak życia. No więc żyję. Raz miałam atak wkurwu, trochę nieproporcjonalny i męczący, ale w gruncie rzeczy uzasadniony, choć długo trwało, zanim jakoś ułożyłam sobie to wszystko w głowie, dlaczego się tak wściekam, o co w ogóle chodzi, czy mam rację. Chyba trochę miałam. A stopień tego zdenerwowania wynikał pewnie stąd, że odezwały mi się różne stare traumy, kompleksy, lęki, upokorzenia. Okazuje się, że jestem jeszcze bardzo daleka od takiej wewnętrznej pewności i porządku, kiedy nawet jak mnie ktoś wkurzy, to będę reagowała tylko na to konkretne wkurzenie, a nie na pięćdziesiąt wcześniejszych, i będę miała dość jasne pojęcie, dlaczego się wściekam. Ponoć to nie jest takie łatwe i ponoć mnóstwo ludzi ma podobny problem. Ktoś coś do ciebie powie, a ty nagle czujesz, że świat ci się usuwa spod nóg, z jednej strony jesteś wściekła, z drugiej czujesz się totalnie upokorzona i zdezorientowana, o co tu w ogóle chodzi. Napisałam, że długo trwało, nim sobie to ułożyłam, ale tak naprawdę wcale nie jestem pewna, czy faktycznie ułożyłam, czy tylko się uspokoiłam. OK, coś tam wiem, ktoś mnie potraktował protekcjonalnie, nie docenił mojej pracy i zadzierał nosa, ale dlaczego akurat taka złość i poczucie upokorzenia, z jakimi sytuacjami z kiedyś mi się to kojarzy? Myślę, że może to mieć związek z faktem, iż w latach młodości, jako nastolatka, czułam się bardzo nieatrakcyjna jako kobieta i nieudolna jako człowiek, i kompensowałam to sobie poczuciem wyższości intelektualno-artystycznej. To mnie trzymało przy życiu, wierzyłam, że kiedyś świat się na mnie pozna i doceni mnie. Kiedy więc ktoś uderzał w mój intelekt czy talent, kwestionował jedyną rzecz, jaka pozwalała mi żyć. To było jak wywiercenie dziury w chroniącym mnie murze. Powodowało wielkie przerażenie, że zaraz zostanę zdemaskowana, okaże się, że jestem do niczego niepotrzebna i zginę, i mogłam na to zareagować tylko rozpaczliwym wyparciem, zaprzeczeniem, powiedzeniem, że to się nie dzieje. Teraz niby jest o tyle lepiej, że nie uzależniam swojego prawa do życia od intelektu czy talentu, ale być może mózg zapamiętał taką reakcję i kiedy ktoś obcesowo wytyka mi głupotę, odczuwam to jako zamach na swoje życie. Podobno nie ma na człowieka lepszej broni niż zawstydzenie go. Dzięki temu udają się szantaże. Ja oczywiście nie myślałam o tym jako o zawstydzeniu, ale jeśli się czuje coś w rodzaju „O Jezu, zdemaskowali mnie!”, to co to jest, jak nie wstyd? Czytałam ostatnio, że ważne jest, aby postarać się zawęzić perspektywę do konkretnej sytuacji, nie myśleć „Jestem głupia”, tylko „Pomyliłam się”. Na przykład w opisywanym przeze mnie przypadku człowiek, który wytykał mi błędy, w paru miejscach miał rację, a w paru jej nie miał. Jeśli pozwolę sobie być omylną i przyznam, że tu się pomyliłam, a tu nie, nie wychodzę na idiotkę, a ostateczna wersja projektu będzie wyglądała lepiej. Ale jeśli każdy udowodniony błąd jest dla mnie jak kula przeszywająca zbroję, daję się zamknąć w pułapce wstydu i zamiast merytorycznie, reaguję wyparciem, urazą, furią. Wtedy przeciwnik wygrywa, bo mnie zabija mój własny wstyd, nawet jeśli ja popełniłam jeden błąd, a on dziesięć.

Zobaczymy, czy te przeczytane mądrości w ogóle mi się do czegoś przydadzą, kiedy następnym razem coś takiego się zdarzy. Oby.

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii autoterapia, frustracja, niska samoocena, obawy, wstyd. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.