Cztery pory życia

Kiedy tak sobie myślę, wyróżniam w moim życiu cztery etapy.

1) Dzieciństwo – czas, w którym jeszcze nie zastanawiałam się nad takimi sprawami jak moje miejsce wśród ludzi, prawo do bycia kochaną i tak dalej. Z tego, co mówi moja mama i co ja sama mniej więcej pamiętam, raczej trzymałam się na uboczu, bawiłam się sama, miałam swój świat i w dużej mierze w nim żyłam.

2) Okres od 12-13 do mniej więcej 19 roku życia – okres, który dziś nazywam depresyjnym. Jego początek wyznacza czas, w którym zaczęłam pragnąć miłości, zakochiwać się (początek dojrzewania płciowego?), a jednocześnie uświadomiłam sobie (w swoim ówczesnym mniemaniu), że jestem zupełnie nieatrakcyjna zarówno fizycznie, jak i jako osoba. Że mogę jedynie marzyć o miłości, bo w prawdziwym świecie nikt mnie nie pokocha. Zareagowałam otoczeniem się grubym murem, za którym skrzętnie ukrywałam jakiekolwiek przejawy zainteresowania swoim wyglądem, miłością, w zasadzie wszystkim oprócz intelektu, duchowości i talentu poetyckiego. Uważałam, że jeśli w jakikolwiek sposób ujawnię się z tym, że mi zależy, stanie się coś strasznego, gorszego od śmierci. Dlatego (a może też dlatego, że wydawało mi się to bezproduktywne) nie próbowałam w żaden sposób poprawić swojego wyglądu, bo gdybym to zrobiła, ujawniłabym, że mi na nim zależy. Trzymało mnie przy życiu wyobrażenie, że kiedyś wszystko magicznie się zmieni – spotkam kogoś, kto będzie dość mądry, żeby przeniknąć przez ten mur, znaleźć mnie prawdziwą i pokochać. Tymczasem podkochiwałam się w piosenkarzach, bohaterce filmu i innych odległych osobach.

3) Ten okres liczę symbolicznie od momentu, w którym – mając 19 lat – zakochałam się w realnie istniejącym facecie (choć nieznajomym) i postanowiłam wyznać mu to uczucie. Było to strasznie trudne i zaowocowało szeregiem objawów somatycznych, ale to zrobiłam. Oczywiście moje uczucie nie zostało odwzajemnione, ale to był pierwszy przypadek przebicia się przez ten mur. Myślę, że miałam świadomość, jak niebezpieczne jest takie życie za murem, jak bardzo oddalam się od ludzi, od prawdziwego życia, w miarę trwania tego. To zapoczątkowało okres, który można nazwać neurotycznym, bo w odróżnieniu od tego poprzedniego próbowałam jakoś wpływać na swój los, ale kosztowało mnie to mnóstwo stresu, no i oczywiście nie było tak, że nagle moja samoocena wzrosła. Nadal uważałam się za potworka, tylko uważałam również, że mimo wszystko muszę próbować zdobyć miłość, nawet jeśli wydawało mi się nieprawdopodobne, że to się uda. Więc próbowałam, a moje wyobrażenie o miłości było takie, że można na nią zasłużyć, dostosowując się do oczekiwań drugiej osoby, będąc (udając) taką, jakiej on/ona pragnie. W obecności osoby, na której mi zależało, byłam totalnie sparaliżowana chęcią przypodobania jej się, odgadywania i spełniania jej pragnień. Moje pragnienia nie istniały, były schowane głęboko pod pokładami strachu. Uważałam, że nie mam do nich prawa; że jeśli chcę być kochana, muszę się totalnie podporządkować, a nawet wiedzieć, czego druga strona chce, bez konieczności wyrażania tego przez nią. (Myślę, że to trochę mówi o atmosferze, w jakiej byłam wychowana). Oczywiście więc nigdy nie udało mi się nikogo sobą zainteresować, a jeśli nawet, to zatrzymać go przy sobie. W końcu ludzie chcą być z ludźmi, a nie z neurotycznymi pieskami.

4) Nie wiem, kiedy zaczął się ostatni etap. To był/jest długi proces. W jakimś stopniu miałam strzępy świadomości, że aby z kimś być, aby doczekać się miłości, trzeba umieć być sobą, wyrażać własne pragnienia, być zdolną do budowania partnerstwa. Wdrażanie tego szło jednak bardzo powoli. Np. kiedy miałam 34 lata, udało mi się wejść w pewien związek, co samo w sobie było wielkim sukcesem. Związek trwał prawie pół roku, ale głównie siłą rozpędu, bo tak naprawdę po jakichś trzech tygodniach już zaczął się sypać. Ja byłam totalnie zafiksowana na tym, żeby się przypodobać partnerowi, co zresztą, patrząc z boku, było dość komiczne, bo on był mało zdecydowany i męczyło go to, że ja chcę, aby on o wszystkim decydował. Wygląda więc na to, że gdzieś pomiędzy tą znajomością a następną (zaczętą trzy lata później) coś się zmieniło na tyle znacząco, że potrafiłam wejść w zdrowszy związek. Ale i tak wciąż jestem w trakcie procesu nabierania wiary w siebie, wciąż mam niską samoocenę, łatwo daję się zbić z tropu, wcisnąć w kąt (może nie partnerowi, ale różnym ludziom), i wciąż obsesyjnie pragnę miłości, choć już jedną mam. Nie jestem w stanie ocenić (może kiedyś się tego dowiem), czy to pragnienie wynika z tego, że brakuje mi miłości własnej i chcę ją dostać z zewnątrz (na zasadzie ładowania baterii – najwyraźniej jedno źródło okazuje się nie dość wydajne ;)), czy po prostu jestem „pies na miłość” i pragnę sobie zrekompensować czasy samotności, czy też wynika to z tego, że nie zaznałam miłości kobiety, a przynajmniej nie w takim stopniu, jakiego bym pragnęła. Bo teraz zakochuję się w kobietach. A kiedyś różnie, ale częściej w mężczyznach, co jednak mogło wynikać z podświadomego przeświadczenia, że bycie z mężczyzną doda mi prestiżu jako kobiecie. Mogło też wynikać z przeświadczenia, że mężczyznę można przynajmniej próbować zdobyć, a kobieta i tak jest hetero i nie wolno jej nawet tego wyznać, bo kaplica. A pragnęłam miłości tak bardzo, że pewnie zakochałabym się nawet w drewnianej kukiełce.

 

Advertisements

Informacje o zciszy

A loser, but with perspectives
Ten wpis został opublikowany w kategorii dysfunkcje, miłość, nerwica, niska samoocena, orientacja seksualna, problemy z adaptacją. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.